JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości





zapowiedzi
Grzegorz Gortat
„Mur”

Skoczyć w miłość

Janina Koźbiel


„Ostatnie rozdanie” Myśliwskiego jest powieścią o lęku przed miłością. To ten lęk powoduje, że mężczyzna ucieka przed kobietą, a ona go ściga swoimi listami, swoimi słowami, uczuciami - bezustannie i bezskutecznie. Morze słów zalewa czytelnika. Żadne z nich - choć w sumie niosą wiele prawd cząstkowych o szyciu, szewstwie i życiu, jakie jest - nie przybliża do prawdy o ideale, nie służy też porozumieniu ze światem. Brak zakończenia nie jest trickiem czysto technicznym. Wyraża egzystencjalne niespełnienie.
„Ja, judaszka” pod wieloma względami jest odwrotnością powieści Myśliwskiego; tu bohaterowie mają odwagę skoczyć w miłość, a ten skok okazuje się jak skok w przepaść bez dna. Ale są i podobieństwa. I u Bartkowskiej swoją pewność uczuć pierwsza ma odwagę wyrazić kobieta, a mężczyzna dość długo się przed tym broni. Znajduje tysiąc i jeden powód, by nie przyznać, nawet przed sobą, że kocha. Wiele argumentów wynika z racjonalnego i pragmatycznego podejścia do życia. Jest nauczycielem i wychowawcą dziewczyny w prowincjonalnym mieście, trzydzieści lat od niej starszym. Nie czuł się nigdy kochany - i jako dziecko egocentrycznych rodziców, i jako mąż interesownej żony, z którą się rozstał. Żyje w świecie matematycznej abstrakcji, a jego sfera emocjonalna pozostaje w uśpieniu. Zawiódł się na kobietach, i ma o nich jak najgorszą opinię. Nagle po przeżytym rozczarowaniu i skazaniu na życie na prowincji, którą trochę pogardza, poczuł w sobie dziwny rozdźwięk, zmianę, której się nie spodziewał. Musi ten szok oswoić.
Bartkowskiej udało się wiarygodnie przedstawić narodziny zainteresowania dojrzałego, nieco zblazowanego faceta z wielkiego świata istotą, która - na dobrą sprawę - nie powinna w ogóle zwrócić jego uwagi. Wbrew stereotypowi męskiej pogoni za młodym ciałem Wiktor przede wszystkim ze zdumieniem odkrywa swoją fascynację intelektem i duszą, potem obserwuje siebie jak laboratoryjny preparat; jak dostrzega rosnące piersi, karnację skóry, piegi, włosy, dłonie, stopy. Musi toczyć walkę z podnieceniem, z rodzącą się namiętnością. Nie wiemy, jak powstają jego zapiski, czy robi notatki z perspektywy czasu, czy też na bieżąco, próbując dojść do ładu ze sobą - obcujemy w powieści z męskim i kobiecym punktem widzenia od pierwszych stron, jesteśmy zręcznie wciągani w grę Męskiego z Żeńskim, jakby to było zmaganie decydujące o sprawach świata.
Bo - Drodzy Państwo - absolutnie nie jest to ten rodzaj gry, który kończy się paroma kaskaderskimi numerami w łóżku. To gra o prawdziwy sens życia, o jego autentyzm, a miłość tych dwojga jest miłością odwracającą wszystkie możliwe porządki, by nie powiedzieć - kosmiczną. Alicja od początku przeczuwa to intuicją dziecka, Wiktor stopniowo, i nie bez oporów, do tej świadomości dorasta.
W dodatku Ewa Bartkowska - znów inaczej niż Myśliwski - wyznacza sobie zadanie karkołomne: próbuje opisać miłość i życie spełnione - w przekonaniu tkwiącego w jego wirze człowieka. I ciekawe, że żadnej z chwil między kochankami nie zamienia w przesłodzone kwilenie, w kicz. Ich niecierpliwe czekanie na moment, kiedy będą mogli być wreszcie ze sobą w pełni, wydaje się wprawdzie aż niedzisiejsze i niewiarygodne, ale uzasadnia je w jakiejś mierze nietuzinkowość i nietypowość bohaterów, stałe przekraczanie granicy trywialnej powszedniości, której Alicja i Wiktor szczerze nie znoszą. Ta miłość jednak to nie tylko wzniosłe obcowanie dusz, powieść jest przesycona wieloma zmysłowymi opisami. I wszystkim tym opisom cielesnego obcowania towarzyszy, owszem, rozkosz i radość, ale też rodzaj napięcia między pragnieniem a świadomością, że pełne nasycenie to z jednej strony wymarzone przeniknięcie do najbardziej tajemniczych sfer tego drugiego człowieka, ale też czająca się na horyzoncie stagnacja, martwota, śmierć. Temperaturę doznań podwyższa świadomość nietrwałości szczęścia, ukryte gdzieś w zakamarkach serc lub mózgów przeczucie tragedii, zapowiedzianej subtelnie w pierwszych akapitach powieści. Bo nad całością zawisły doświadczenie, rozpacz i groza, a dopiero z nich rodzi się mądrość osoby, która ów dramat przeżyła.
Choć wydaje się, że Alicja i Wiktor osiągają coś, co przeciętnym śmiertelnikom jest niedostępne, więc mogłoby wywołać zawiść w niejednym czytelniku, wypiera on te złe emocje, kiedy w drugiej części poznaję pełnię dramatu. Pojawiać się wtedy może pytanie o cenę intensywności życia. Czym warto, a czym - po ziemsku rozumując - nie warto za tę intensywność zapłacić?
Jak widać, „Ja, judaszka” nie jest banalną kobiecą opowieścią, która pod wartkimi zdarzeniami nie skrywa nic. I wyraźnie mówi o tym już sam jej tytuł. Zdrada, którą przywołuje, odnosi się do jej sensów najgłębszych i najbardziej wieloznacznych. Bartkowska pyta o stałość i prawo do zmienności człowieka. Czy rodząc się w jakimś miejscu i w jakimś czasie, jest zobowiązany do wierności klimatowi tego miejsca i barwom tego czasu? Czy w dążeniu do szczęścia wolno mu odrzucić więź z tymi, którzy myślą o tym szczęściu inaczej? Czy przeżywszy raz piękne chwile, powinien pielęgnować pamięć o nich, a podarowane mu godziny i minuty późniejsze spędzać, ograniczając się do roli oddanego kustosza? Jak daleko sięga ludzka wola, czy są granice, których nie powinna przekroczyć?
Ewa Bartkowska nie odpowiada w żadnym miejscu wprost na te pytania, pozwala je jednak zadawać niektórym swoim postaciom (patrz wywiady). Snuje fascynującą opowieść, pełną napięcia, które bohaterce-narratorce funduje nietuzinkowe życie. Jego początek i praprzyczynę stanowi potrzeba autentyzmu, pogarda dla przeciętności, kompromisów i szarzyzny, które zapewniają niejednemu wegetację, ale tłumią wszelkie ryzyko. Ostatecznie autorka wyraźnie, choć nienachalnie, podpowiada, że to właśnie owo ryzyko nadaje życiu jej bohaterów prawdziwy smak.

Janina Koźbiel


Powrót Recenzje Główna

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria