JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości





zapowiedzi
Grzegorz Gortat
„Mur”

Książki


Piotr Ibrahim Kalwas, „Międzyrzecz”

Piotr Ibrahim Kalwas

MIĘDZYRZECZ

Wydanie I

Stron: 224

Format: 146x205 mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-24-0

Cena: 28,56 zł

W księgarniach od 7 maja 2013

Dofinansowano ze środków

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Patronat medialny:
Program 2 PR Więź Krytycznym Okiem IRKA

E-book: ISBN 978-83-62247-25-7

pobierz wtyczkę

Recenzje i wywiady

Robert Ostaszewski o książce:
Kalwas nawiązuje do prozy Kafki i Borgesa, inspiruje się malarstwem niderlandzkim i arabskimi bajkami, swobodnie przerzuca bohatera książki w przestrzeni, od mglistych Wysp Owczych po zalane słońcem południe Europy, oraz w czasie, od współczesności po wieki dawne. Mnoży piętra opowieści, ale wciąż - nieco obsesyjnie - powraca do tych samych obrazów, wątków i przede wszystkim pytań o istotę pisarstwa.
Kalwas, jak mało który pisarz, posiadł dar tworzenia wizji pełnych konkretów, sugestywnych, niemal namacalnych, a przy tym skrzących się od znaczeń.

Jarosław Czechowicz o książce:
Bóg ma tu wiele imion i wiele mocy sprawczych, lecz wcale z nich nie korzysta. Bogiem może być pisarz, ale i czytelnik; Kalwas ironizuje pojęcie kreatora i podejmuje z tą definicją inteligentną grę. Mamy do czynienia ze specyficznym wizjonerem nowej prozy polskiej, któremu warto oddać głos i poświęcić czas.

Fragment:
Po lewej były chyba drzwi do klatki schodowej, prowadzącej do ganku na dole, po prawej ogromny salon numer osiemnaście, potem kuchnia i znowu zanurzyłem się w ciemnym korytarzu, tym razem bardzo szerokim, pełnym zamkniętych i otwartych drzwi. Wszystko skrzypiało, skrzeczało, płakało. Tak, wyraźnie słyszałem płacz dobywający się ze szczelin, dziur i szpar. To wiatr, to tylko wiatr. Nagle stanąłem jak wryty.
- Co to jest?
Znalazłem się tuż za kuchnią, w ostatnim korytarzu, nad drzwiami był numer dwadzieścia dwa. Uniosłem nieco świecznik. Twarz. Twarz kobiety otoczona splątanymi wężami zastygła w niewypowiedzianym przerażeniu. Och, tak... dzieciństwo, tak... widziałem to dawno, dawno temu, płakałem strasznie, trząsłem się, pamiętam, biegłem i krzyczałem, szukałem mamy... Teraz też chyba krzyknąłem, nie jestem pewien, już nie pamiętam. Ale na pewno, tak jak wtedy, zacząłem biec w kierunku podwójnych drzwi na prawo, świecznik zamigotał i przygasł na chwilę od pędu powietrza, znowu znalazłem się w wąskim korytarzu, potem wpadłem do pomieszczenia przypominającego salonik, tam znów drzwi kilkoro, numery, numery na kartonach, jeden z nich miał numer dwadzieścia cztery.
On już krzyczał na dole, walił laską, wzywał mnie. Huczał sztorm, deszcz tłukł wściekle o dach. Zbiegłem na dół. Johan siedział w fotelu, pochylony nad rozkręconym starym zegarem. Pięknym, z figurkami czterech cherubinów. Obok leżał sporych rozmiarów płaski kamień z wyrytymi dwoma zachodzącymi na siebie kołami. I to ptasie pióro. Długie, białe pióro. Dziwne, ale jego marynarka była teraz szara. Dałbym głowę, że kiedy ujrzałem go po raz pierwszy, była biała. Może to zmęczenie. Na mój widok podniósł głowę.
- Zamknąłeś i otworzyłeś?
- Tak.
Ujął lupę, pochylił się znowu nad rozłożonym na części zegarem. Przez długą chwilę składał mechanizm do kupy. Dokręcił ostatnią śrubkę, po czym opadł zrezygnowany na fotel.
- Nie działa. Minuty ciągle wyprzedzają sekundy.
Ujął kamień z kołami i pióro. Zaczął stukać piórem w kamień, podśpiewując cicho pod nosem. To była spokojna piosenka, melancholijna, nostalgiczna. Ładnie śpiewał, przedłużał końcówki, prowadził melodię. Cały czas się uśmiechał i raz po raz zerkał na mnie spode łba. Przerwał na chwilę.
- To kvæði - powiedział. - Farerska opowieść. Nazywa się Ormurin Langi. Stara pieśń, o, bardzo, bardzo stara... - Zachichotał i znowu zaczął nucić. Za oknem znowu zerwał się wiatr. Sztormowy, męczący wiatr. Johan podniósł głowę i spojrzał na mnie. Milczeliśmy.
- Wiesz, że przedwczoraj było ogromne trzęsienie ziemi?
- Gdzie?
- O, tam - machnął ręką w stronę okna.
- Dużo...
- Miliony - przerwał mi.
Zapanowała cisza. Cisza zakłócana wiatrem i skargą starzejących się przedmiotów. Johan pochylił się nad kamieniem. Stukał miarowo zaostrzoną końcówką pióra.
- Wczoraj - znowu przerwał ciszę - modlili się w swoich świątyniach za tych, którzy umarli. Na Wschodzie.
- Tak.
- Ja w swojej malutkiej sypialni też, kiedyś... tam było ciepło, bezpiecznie... zapalałem światło, gasiłem... Nie wiedziałem, nie byłem pewien czy... - zaczął stukać bardziej intensywnie - wznoszenie się... - dyszał - wznoszenie się człowieka od życia skończonego do życia nieskończonego jest właśnie relig...
Przerwał, podniósł wzrok znad kamienia i popatrzył na niewidoczne morze za oknem.
- Tak... - powiedziałem jeszcze raz. - Ludzie tam wierzą w miłosierdzie i gniew Boga. To był gniew, to trzęsienie... I stało się tak.
Zaśmiał się krótko.
- A ty wiesz, że... - zawiesił głos i gwałtownym ruchem podniósł leżący obok zegar do ucha. Cykał. Nawet ja słyszałem. Tak, cykał. Działał. Johan uśmiechnął się i ostrożnie położył zegar na stoliku.
- A ty wiesz, że już niedługo człowiek będzie umiał zapobiegać trzęsieniom ziemi? Kilkoma ruchami dłoni, kilkoma myślami...
- Kiedy?
Znowu spojrzał w okno. Wykonał gest, jakby chciał znowu dotknąć piórem zegara.
- Czy to znaczy, że ludzie ujarzmią gniew Boga? - wyszeptał. - Przyjdzie czas, że człowiek wynajdzie lek na każdą chorobę. Będzie żył setki lat, jak Noe, ale kiedyś, pewnego letniego, pięknego poranka... - Podniósł głos. - Będzie wtedy cisza i spokój, ptaki w koronach drzew zwiastować będą wiosnę... dzieci, niewinne, na podwórku... skupione na kształtach z piasku... kot zwinięty w ciepły kłębuszek, mruczący na kolanach pięknej, bogatej kobiety na tarasie, bezpiecznie, bezpiecznie... I wtedy to przyjdzie, wtedy właśnie. Słońce zamruga dziwnie, jakby je ktoś zakrywał i odkrywał czarnym suknem... milczenie dzieci, mruczenie kota, świergot ptasi... - wyrzucił z siebie jakieś przekleństwa po farersku, może po norwesku - w najpiękniejszym kwiecie wstrętny, oślizgły robak... - wyszeptał już po angielsku i odgarnął z czoła białe włosy.
Nagle rozległ się huk.
Drzwi i okno na górze. Raz, drugi. Dwa okna.
- Chyba czternastka i dziewiętnastka! - Walnął laską o podłogę. - Zamknij je i otwórz siedemnastkę! Zaniósł się strasznym papierosowym kasłaniem:
- Ich-ich! Ha-ha-ha! Ichthyh! Ichyhyhy! Hargrrghh! Ichy-thyhy! Ichthy-ichthy-ichthy!
Syczał zniszczonymi płucami. Świszczał i syczał, wymachiwał lachą. Dławił się gniewem.
Sztorm na morzu, fale deszczu bębniły w drzwi i okna.
- Uuuuuuuuuuaaaaaaaaa!
Pobiegłem po schodach. Byłem na górze. Zamykałem i otwierałem drzwi.

Początek Książki Główna

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria