JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości



zapowiedzi
Grzegorz Gortat
„Mur”

Nowości


Patrzę

Monika Mostowik

PATRZĘ


Ilustracje: Ada Danda

Wydanie I

Stron: 328

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-52-3

Cena: 34,00 zł

Premiera: 15.05.2017

Patroni medialni:



„Patrzę” to książkowy powrót po dłuższym milczeniu - poprzednio były „Histeryjki o May” wydane w 2008 - intrygującej krakowskiej pisarki i scenarzystki. W 22 tworzących spójny zbiór opowiadaniach Monika Mostowik w oryginalny, tylko sobie właściwy sposób zajmuje się tematem, który jest już poniekąd jej znakiem firmowym: kobietą niepewną swej tożsamości.

„Podstawowym pytaniem, jakie zadają sobie bohaterki Mostowik, jest pytanie o to, czy można naprawdę opowiedzieć siebie. Autorka zapisuje historie, ale i stany emocjonalne z nimi związane. Konfrontuje nas z prawdziwą kobiecą nagością, jej prawdziwym wstydem, ale również z prawdziwą dumą. „Patrzę” portretuje tożsamość jako składową relacji i konfrontacji z własnymi doświadczeniami. Bardzo często prawdy o sobie kobiety Mostowik poszukują w kontakcie z drugą kobietą. Ta bliskość warunkuje ujrzenie siebie naprawdę”.

Jarosław Czechowicz


„Mam wrażenie, że te intymne historie opowiadają o mnie, o moich uczuciach, spostrzeżeniach, wspomnieniach. Jednocześnie zaskakują i podbijają mnie scenerią, sytuacją, szczegółami, odcieniami. Zaczynają się od pytania, kim jest ta mijana na ulicy, podglądana, porzucana kobieta, którą byłyśmy lub będziemy. Mostowik zdaje się znać odpowiedzi, ale nie wyjawia całej tajemnicy. Reguluje natężenie emocji, idzie w głąb postaci, by przejść do następnej, bo nigdy jej nie dość”.

Inga Iwasiów


Od autorki:
Kobiecość - czymkolwiek jest oraz czym nie jest - rozbieram na części pierwsze, z sukienek i szminek, z warkoczy i róż, z łez. I tkam z tego sny.

„Urodziny”
(fragment)

Musiałam tam pojechać. Tam, gdzie dorastała. Nigdy wcześniej nie widziałam takich domów. Co roku przelewałam pieniądze na pomoc domom dziecka, bo przecież nie będę wspierać alkoholików, pijaków, ale do tego ograniczało się moje zaangażowanie. Zaparkowałam na zakazie, bo zobaczyłam panią psycholog i tego wychowawcę. Nie mogłam się nie zatrzymać. Dogoniłam ich.
- Dzień dobry!
Stanęli jak wryci, prawie zapomniałam, po co do nich podeszłam.
- Chciałam porozmawiać o Emilii.
- Ale my się spieszymy - usiłował mnie zbyć wychowawca.
- To kiedy możemy się spotkać?
- Proszę do mnie zadzwonić, umówimy się.
I ot tak znikli za rogiem. Wtedy zobaczyłam dziewczynę wyglądającą zza ogrodzenia.
- Dzień dobry. To u pani sprząta Emilka, tak?
Przytaknęłam.
- Mieszkałyśmy w jednym pokoju. To ja jej zafarbowałam włosy. A co u niej w ogóle?
- Wszystko dobrze.
- Może jej pani to dać? - Podała mi zdjęcie: one dwie na scenie, Emilia śpiewa przy mikrofonie, ona z gitarą. Na odwrocie zdjęcia napis „Zawsze razem”. - To nasze zdjęcie z konkursu piosenek. Dostałyśmy wtedy nagrodę. Dopiero teraz wywołałam.
- To Emilka śpiewa?
- I to jak! Ma super głos!
Nie byłam w stanie nic odpowiedzieć, zatkało mnie. Wydawało mi się, że tym razem ja nie odezwę się słowem, już nigdy. Straż miejska założyła mi blokadę na koło. Musiałam wracać na nogach. Było mi to potrzebne, żeby opanować złość, żeby ją zgubić gdzieś po drodze. Oczywiście przywitała mnie sąsiadka.
- Samochód się zepsuł pani dyrektor?
- Trochę ruchu mi nie zaszkodzi.
Weszłam do domu i od razu miałam zamiar coś wykrzyczeć, ale się powstrzymałam. Przez uchylone drzwi łazienki zobaczyłam Emilię. Przygotowywała pranie. Wyciągała brudne ubrania z kosza i wkładała je do pralki. Długo, zbyt długo przyglądała się moim majtkom, mięła je w dłoniach. Po chwili zdjęła swoje, a założyła moje. Stała tak bez ruchu, uśmiechając się do siebie. Patrzyłam na nią z zapartym tchem, trzymając w ręce buty. Nie jestem pewna, co czułam oprócz strachu, że mnie nagle zauważy - niepokój czy podniecenie?

Czasem spędzała całe popołudnie i wieczór u siebie, nie przychodziła nawet na swój ulubiony serial, musiałam jej zanieść telewizor. Czasem słyszałam, jak płacze, i sama płakałam wtedy ze wzruszenia, że wreszcie ją słyszę.
Lubiła mnie czesać. Szczotkowała mi włosy cierpliwie, pomału, kojąco. Poddawałam się temu. Poprosiłam ją do tańca, a raczej porwałam, wykręcała się, ale to była moja ulubiona piosenka, nie mogłam dać za wygraną. Myślałam, że jeśli ubiorę ją w marynarkę i kapelusz, schowam włosy, tak że będzie wyglądała bardziej męsko, będzie nam łatwiej.
Zupełnie nie wiem, dlaczego przyszło mi to do głowy. Strąciła kapelusz, wyswobodziła włosy i wtedy ze mną zatańczyła. I pierwszy raz pocałowała. Była taka piękna i śmiała.
Jeszcze długo potem nuciłyśmy tę piosenkę.

W pracy uczyłam się języka migowego. Musi być jakiś sposób, myślałam, żeby do niej dotrzeć, żeby porozmawiać.
Cudownie radziła sobie w moim domu. Kwitł i rodził owoce, a my razem z nim.
- Może otworzymy restaurację? Serio. Zróbmy coś ciekawego.
Usiłowałam to powiedzieć w języku migowym, w jej języku.
- Zaczęłam się uczyć. Niedługo będziesz mogła do mnie tak mówić. - Do Emilii jednak jakby to nie docierało. - Nie cieszysz się?

Tego wieczora wszystko mogło się rozegrać, gdybym była bardziej czujna, bardziej uważna. Nie mogłam znaleźć zapałek, choć przecież dopiero co kupiłam całą paczkę. Emilia nocami budowała domki z zapałek. Każdy ma jakiś sposób na bezsenność. Ja połykam tabletki. W jednym z tych domków chciałam wtedy zamieszkać, gdyby nie miał schodów.
Wyrwała mi je czym prędzej.
- W takim razie jutro kupię więcej zapałek. Żeby było czym zapalić świeczkę. Mogłaś powiedzieć...
Właśnie. Przecież mogła powiedzieć. Coraz trudniej było mi się pogodzić z tą jej niemotą. Uparła się i tyle.
- Nigdy nie miałam przyjaciółki. No, jedną, ale wyjechała do Stanów, więc w ogóle nic nie zdążyłyśmy. Zresztą mój ojciec ciągle powtarzał, że kobiety potrafią tylko zazdrościć. A ty mi czegoś zazdrościsz? - Próbowałam wyczytać odpowiedź z jej twarzy, ale byłam już tym zmęczona. Wszystkie te odpowiedzi, które tak sobie z czegoś wyczytałam, mogły być kłamstwem. A co, jeśli wszystko to sobie wymyśliłam? - Bo ja ci czasem zazdroszczę.

Obudziłam się w nocy, a ona stała przy mnie nieruchomo.
- Co się dzieje? - Drżała. Nasłuchiwałam, ale nie było ani burzy, ani wichury. - No chodź tu do mnie.
Wsunęła się delikatnie pod kołdrę.
- Śpisz? - zapytałam po chwili. Wiedziałam, że nie śpi. - Chcesz mnie pocałować?

Na podstawie „Urodzin” powstał film Wiesława Zielińskiego pod tym samym tytułem.

recenzje wywiad | nowości

Ceremoniały

Andrzej Turczyński

CEREMONIAŁY


Wydanie I

Stron: 180

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-50-9

Cena: 27,00 zł

Premiera: 22 lutego 2017

Patroni medialni:


O książce:
Gdyby powiedzieć, że „Ceremoniały” są książką o umieraniu, byłaby to prawda cząstkowa. Bo są one jednocześnie pochwałą wszelkich form życia, hymnem na cześć élan vital. Białooka Turczyńskiego jawi się jako artystka - niezwykle pomysłowa; brutalność skutecznie przysłania poezją, a konieczność przedstawia niczym wybór atrakcyjnej tanecznej figury. Fascynuje i wabi. Nieistnienie staje się w ten sposób formą istnienia - poszerzają się granice świata, rozciągają czas i przestrzeń, a ludzkie materialne figurki z pewnego miasta En bez trudu znajdują sobie sąsiadów wśród istot stworzonych przez wyobraźnię, uwięzionych w ramach obrazów czy między kartami ksiąg. Droga do kamienia mądrości - niegdyś zawłaszczana przez magów - może stać się udziałem nawet spracowanej starej kobyły. W świecie Turczyńskiego - tak bardzo zanurzonym w przeszłości i sztuce - czuć się powinien jak u siebie każdy współczesny czujący ekolog.

Od autora:
Czuję się pisarzem niezależnym tym szczególnym rodzajem niezależności, która pozwala być - nie ulegając bezpośrednim wpływom - wiernym trzem różnym literackim tradycjom: literatury rosyjskiej, francuskiej i polskiej. Wciąż bliskie jest mi też dzieło Dantego i Szekspira, niewykluczone, że pod wpływem Eliota, który gdzieś zauważył, iż „Dante i Szekspir podzielili między siebie świat: trzeciego nie ma”, choć dostrzegam, że jednak jest świat trzeci, którym włada Goethe. Wypływając z takich źródeł, moje pisarstwo nie może się ograniczać do rejestracji powierzchni, płaszczyzny zewnętrznej życia, którą każdy widzi. Nie mam nic wspólnego z pozytywistycznym lustrem, bo chyba nie jest dobrze, jeśli pisarz kontempluje swoje dzieło, a jeśli już, to najlepiej, aby wybrał sobie technikę taoistyczną: być jak lustro, czyli odbijać obrazy świata, ale ich nie zatrzymywać.

„Drzewo nocnego wiatru”
Benedykt, powołując się na uwagę Hartleya: The past is a foreign country: they do things differently there, przekonywał o nierozdzielności tego, co niegdyś, od tego, co nieuchwytne, umykające zmysłom, znikające nie wiedzieć kiedy, dziś. Utrzymywał także, iż los jest czymś poza przypadkiem, ale też i poza koniecznością, będąc od nich niezależny. A co się tyczy konieczności, to oczywiście rację ma Szestow, gdy notuje, że „wszelka konieczność jest ograniczeniem”. Tak czy inaczej, perorował, blado się uśmiechając, mizerną jest mi pociechą, że przemijam w kontinuum czasoprzestrzeni, jeśli w ogóle można tutaj chwytać się jakiejś pociechy.
Benedykt i Bernard pod rozłożystą koroną czerwonego klonu grali w szachy. Od trzydziestu lat spotykali się w piątkowe popołudnia, aby rozegrać jedną partię, którą nieodmiennie któryś z nich rozpoczynał gambitem królewskim, oczywiście ryzykując głową. Partię rozgrywali w ściśle ograniczonym czasie: od poobiednia do przedwieczerzy, zatem jeśli zdarzyło się - a zdarzało się! - że partii nie rozstrzygnięto, figury szły do pudła, B. i B. podawali sobie ręce i rozchodzili się każdy w swoją stronę. Faktem bynajmniej nie bagatelnym jest, że graczami byli kiepskimi, nawet ulubiony przez nich ów gambit królewski w dalszej rozgrywce nie rozwijał się zgodnie z przewidywaniami białych, kończąc się blokadą wszystkich figur, ale i tak w opinii kibiców w sąsiedztwie czerwonego klonu uchodzili za szachowe znakomitości, omal za arcymistrzów w rodzaju Botwinnika, Kasparowa, Fischera, nie mówiąc już o Capablance. Niebo tak na przestrzał błękitne, że gdyby się było bezgrzesznym, można by spoglądać w oczy aniołom lub nawet demonom - zauważa Benedykt i wybucha śmiechem. Śmieją się gapie i stali obserwatorzy, dziś rozgrywce kibicują obydwie frakcje. Szachiści bezbłędnie je rozróżniali, tak jak nie rozdzielali wczoraj od dziś. Prawdziwi królowie królewskich gambitów, niezależnie od jakości wykonawstwa. I nie tylko! Także wyborni gawędziarze i dyskutanci na każdy temat, pod warunkiem, że tyczy fizyki cząstek elementarnych, metafizyki Spinozy lub Boga w ujęciu Anzelma z Canterbury. W razie wystąpienia jakichś sprzeczności lub wątpliwości zawsze można odwołać się do liderów kibicujących im frakcji, chociaż na ogół vox populi nie jest słyszalny. Skonsternowany lud milczy, spuszcza wzrok na czubki butów w oczekiwaniu na królewski wybuch śmiechu, i już po sprawie, play show must go on. Jeden z graczy był nauczycielem, czy też profesorem, panem od fizyki, a drugi panem od propedeutyki filozofii w miejscowym liceum. Któregoś wieczoru wpadli na siebie. O, przepraszam, zamyśliłem się, sumitował się pierwszy z nich, na co drugi: To ja przepraszam, zagapiłem się, więc o wybaczenie proszę, ale w jego tonie zabrzmiała wyraźnie żartobliwa nutka, która trochę zirytowała pierwszego, więc, aby już mieć uprzejmości z głowy, rzucił: Ależ to głupstwo! i już wymijał drugiego, lecz ten zastąpił mu drogę. Możliwe, rzekł, ale zawsze pozostaje jakieś ale, nieprawdaż? Nie ma o czym mówić, nie ulegał tej z lekka prowokacyjnej zaczepce pierwszy. No, w zasadzie, ale jednak, gdyby, i tak dalej, pan rozumie. Święta racja, bez dwóch zdań, ale pozwoli pan, że zapytam: grywa pan w szachy? A owszem, choć słabo. Przypadkowe to spotkanie dla każdego z nich okazało się czymś w rodzaju przeskoku z jednego świata do drugiego, z nieobecności w życiu drugiego do powoli niezbywalnej obecności w nim, od nieznajomości do znajomości sprowadzającej się do cotygodniowej partyjki pod koroną czerwonego klonu, tej specyficznej nader przygodności, wynikającej z niespodziewanego, by tak rzec przelotnego przypadku. Traf, i tyle. Benedykt, Bernard - panowie podali sobie ręce, przedstawili się imionami, wbrew obyczajowi ludzi ich pokroju, na razie nie wyjawiając nazwisk, może pamiętając procedury cesarskiego ceremoniału funebralnego Habsburgów. Tenże traf sprawił, iż rozmawiając, przeszli kilka kroków, a dzień był jaskrawo lśniący w słońcu, więc skryli się w czerwonawym cieniu klonu i przysiedli na ławce bez oparcia, w sam raz nadającej się do rozłożenia na niej szachownicy. Pogadując o wszystkim i niczym, jak to na początku każdej znajomości, o której nie wiadomo, jak i czy w ogóle się rozwinie. A wie pan, że teraz szachy uchodzą prawie wyłącznie za dyscyplinę sportową. Tak, komu potrzebna rozgrywka tak intelektualna. Patrząc po sobie, wybuchają śmiechem. Teraz już śmiało mogą się umówić na partyjkę. Tutaj? Tutaj, to całkiem dobre miejsce. Nawet bardzo dobre. Wobec tego, czy odpowiada panu następny piątek, o ile nie będzie padać. Wtedy kolejny piątek? Wspaniale. I rozchodzą się, każdy w swoją stronę. Po latach zauważają, że z ich czasem dzieje się coś dziwnego, to znaczy z subiektywnym jego odczuwaniem - Bernard twierdzi, że czas ucieka, Benedykt - że goni jak szalony, że wyprzedza jego życie, stojąc w miejscu - wobec postępującej w nich starości. Nie mówią o niej głośno, lecz mimo słabnącego wzroku dostrzegają u siebie nawzajem i u siebie samych takie, siakie i owakie jej symptomy, słowem: tetryczenie. Zaczęli sobie prawić drobne złośliwostki, choćby komentując powstałe na szachownicy sytuacje, dąsać się na siebie, testować ponad miarę cierpliwość drugiego, odwlekając wykonanie ruchu i tak dalej. Fizykowi Bernardowi zdarzyło się nawet zgarnąć w złości i strącić z planszy na ziemię figury, po czym przez trzy tygodnie rozgoryczony Benedykt nie stawał na placu boju, chociaż z ukrycia obserwował też ukrywającego się nieudolnie partnera. Jednakże w wietrzny piątek czwartego tygodnia września obaj stawili się do partii, Benedykt uściskał Bernardowi dłoń obydwiema rękami. Wszystko w porządku? Tak jakby, wyłączając drobiazgi. Nic, tylko się cieszyć - Benedykt uśmiechnął się z zażenowaniem - ale i tak powiem, że wisi panu u nosa kapka. Bernard skinął głową, dziękuję, i wyjął z kieszeni elegancką, z zaprasowanymi kantami, chusteczkę do nosa. Rozdzieleni szachownicą okraczyli ławkę - tego popołudnia białe wylosował Benedykt, więc zgodnie z tradycją otwiera partię klasycznym gambitem e4 e5, ale czeka go niespodzianka: Bernard nie przyjmuje zagrania, odrzuca gambit białych i po długim namyśle zagrywa Gc5, następnie wciągając głęboko powietrze, podnosi twarz ku niebu, ku jasnym obłokom, płynącym powoli po skosie z południa na zachód, przy okazji pokazując partnerowi niedokładnie wygolony podbródek i sztywne, posklejane śluzem włoski sterczące z nosa. Ohyda! Właściwie to od kilku dni mam się marnie, mówi Bernard, na co Benedykt: Nie ma sprawy, szczerze mówiąc, ja także nie mam wielkiej ochoty kontynuować. Na dworze niby ciepło, a mimo to chłodno. Drzewo rzuca głęboki cień, samo tkwiąc w strudze słonecznych promieni. Oddalamy się, głosem wyzbytym z dźwięczności odzywa się Bernard. Tak, a od czego? Od życia, po prostu od życia, fizyk nieznacznie wzrusza ramionami. Byli sami, z biegiem czasu ich frakcje się wykruszyły - jak długo można kibicować milczeniu albo stwierdzeniom, po których zapomina się języka w gębie, i ruchom rąk przesuwających pionki czy delikatnym stuknięciom o powierzchnię planszy. Nie tylko gracze, wszystko wokół nich traciło impet, starzało się, zmieniało, a czas zawisał na wszystkim obojętnie. Wielki czerwono-żółty komin starego browaru saperzy wysadzili w powietrze; największa w dziejach miasteczka En powódź zalała piwnice i zniszczyła gromadzone dekadami dokumenty miejskiego archiwum, mieszczącego się w dawnej klasztornej kaplicy, adaptowanej do jego potrzeb; instytucję zainstalowano w nowoczesnym budynku, a „klasztorek” stał się na pewien czas przystanią miejscowych mętów, aby w końcu podzielić los komina. B. i B. przyglądali się, jak taran, ogromna stalowa kula burząca, podczepiona u ramienia potężnego buldożera rozwala zwietrzałe warowne mury średniowiecznej budowli: Sic transit gloria mundi, przypomniał na odchodne Benedykt, z szacunkiem uchylając przed ruiną kapelusza. Z klonu osypały się liście, przyszły deszcze, ale w któryś piątek partnerzy przeciwnicy, znajomi nieznajomi spotkali się pod swoim bezlistnym drzewem. Spodziewałem się pana tutaj, wymamrotał Bernard, przepraszam za bełkot, ale zgubiłem protezę. Współczuję, coś o tym wiem, ale wracając do rzeczy, ja też byłem pana pewny, bo to już jutro. Niestety, tak przeczytałem. Co im wadzi tutaj nasze drzewo? No wie pan, mamy nowe czasy, a to było nie było czerwony klon, Acer rubrum, choć to może nie do końca prawda, bo czerwony jest tylko w porze kwitnienia i jesiennego gaśnięcia. Ano tak. Stali naprzeciwko drzewa, mając przed sobą jego gładki popielatogołębi pień, rozłożystą koronę ze wspinającymi się skośnie ku niebu gałęziami. To jego ostatnia noc, jutro o tej porze, no cóż, vous vous comprenez - vie et la mort, seplenił Bernard, wyjmując z kieszeni prochowca niewielkie płaskie zawiniątko przewiązane biało-czerwonym sznurkiem. Pan wybaczy, to nic takiego, ale? no nic, do otwarcia w domu. I niespodziewanie klepnąwszy Benedykta w ramię, lekko powłócząc nogą, już szedł w stronę śródmieścia. Benedykt patrzył za nim, ściskając w ręku twardy płaski pakiecik. Zaczął prószyć śnieg drobny i ostry jak stalowe strużyny, kiedy Benedykt wchodził w swoją krótką, nieco zwichrowaną uliczkę. W nocy tak wiało, że dom zdawał się drżeć w posadach, wiatr przewalał się, dudniąc w przewodach wentylacyjnych, brzęczały szyby, potrzaskiwała podłoga i meble, rwący się poszum nagich gałęzi okolicznych drzew to przycichał, to docierał do wnętrza mieszkania z niepojętą furią, jednocześnie górny wicher toczył obłoki oświetlone fosforycznie zimnym blaskiem księżyca, przesuwał wielkie ławice granatowoczarnych chmur. Benedykt odczuwał bolesne nierówne kołatanie serca i duszność, ciało powlekła chłodna warstewka potu, a pragnienie zmusiło, by wstał się napić; do łóżka wracał, telepiąc się z zimna.
Poranek nadal był wietrzny, niebo jak zamiecione, nawet strzępka chmury. Zniknęła nawet wieczorna śnieżna poprószka. Niewyspany, jeszcze nieogolony, z podkrążonymi oczyma Benedykt stał w kuchni, zaparzając herbatę i porcjując leki. Wcześniej myślał odwiedzić córkę, ale już odeszła go ochota, czuje się marnie, marniej niż zwykle, wystarczy, jak zadzwoni; nie okazywać słabości i nikomu nie zawracać głowy swoją osobą - tak brzmią zalecenia starości. Usiadł przy podokiennym stole i patrząc w głąb uliczki, zażył poranne tabletki, herbatę miał, jak lubił: mocną i cierpką. Za oknem nieliczni przechodnie, bliżsi i dalsi sąsiedzi z psami na smyczach walczyli z wiatrem, idąc mu naprzeciw albo popędzani nim, ledwo trzymali się na nogach. Starsza kobieta omal fruwała w pelerynie. Właśnie wtedy przypomniał mu się zagadkowy podarunek, dotąd tkwiący w kieszeni kurtki, podreptał więc do przedpokoju. Rozsupłał sznurek, odwinął z papieru i oto miał przed sobą wsunięty między sztywne plastikowe okładki wyrwany skądś początek zapisu nutowego sławnej „Ciszy” Niniego Rosso.
Dziwny, nawet w jakiś sposób niedorzeczny podarek, no, bo gdyby jeszcze płyta z tym utworem, ale nuty? Co jemu po nich, skoro nie potrafi nawet ich odczytać, a i samej kompozycji nie kojarzy z tytułem „Il silenzio”. Tak czy inaczej ekscentryczny gest Bernarda bardziej go zaskoczył i zeźlił, niż ucieszył, chyba że Bernard tym osobliwym sposobem chciał mu coś przekazać, wyjawić coś, co nie dałoby się wyrazić inaczej, w innej formie, ale nie zamierza łamać sobie nad tym głowy, nie pojmie sensu tego przesłania. Niemy kuchenny zegar z kukułką przynajmniej dwa razy na dobę wskazujący dobrą godzinę - pierwszą z kwadransem po północy i trzynastą z kwadransem po południu - niespodzianie uprzytomnił mu, że mimo stosunkowo wczesnej pory dobrze byłoby wyjść, zobaczyć, jak ma się sprawa z klonem. Ubierał się, mamrocząc Jesienina zaczątek wiersza o klonie. Sam się zdziwił, że to pamięta. Zanikał pośród szumu przelewającej mu się w sercu krwi czy może nadciągającej skądś wichury. Już z daleka widział, chociaż klon stał na swoim miejscu nietknięty piłą ni siekierą, że coś się wydarzyło: wokół drzewa kręcili się policjanci, parkowały policyjne radiowozy. Doszedłszy do grupki gapiów, zapytał o powód zamieszania.: Ktoś się nocą obwiesił na tym drzewie, jakiś starszy facet. No, rzucił ktoś, dawniej się gadało, że kiedy nocą wiatr wieje, to wisielcem na sznurze pomiata i chwieje, widać to prawda. Wisielcze drzewo, powinno się ściąć francę, prawdę mówię, co nie? Ludzie powoli się rozchodzili, a za nimi powlókł się też Benedykt z bolesnym uczuciem daremności śmierci Bernarda, która nie ocali ich czerwonego klonu, podobnie jak nic nie ocali świata ni ludzi przed ludźmi właśnie.
Zaczął prószyć śnieg, a kiedy Benedykt dochodził do domu, oślepiała go już zamieć.

recenzje wywiad | nowości


Cień jabłoni

Wojciech Szlęzak

CIEŃ JABŁONI


Wydanie I

Stron: 240

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-48-6

Cena: 28,56 zł

Premiera: 1 grudnia 2016

Patroni medialni:


O książce:
„Cień jabłoni” to opowieść o spoglądaniu w głąb siebie. O tęsknocie za trwałością, która w płynnym świecie wywołuje nieustanną frustrację. Przypadkowe spotkanie dwóch mężczyzn, których na pozór dzieli wszystko - wiek, bagaż życiowych doświadczeń, temperament - staje się pretekstem do konfrontacji perspektywy mistrza i ucznia, a jednocześnie rozpaczliwą próbą uwiarygodnienia się przy drugim człowieku. Prowadzi to do intymnej spowiedzi, która dotyka spraw i emocji najważniejszych: miłości i nienawiści, wstrętu i pożądania, euforii i rozpaczy, sukcesu życiowego i klęski. A w tle pulsuje życie polskiej prowincji, gdzie starsi bilansują własne dokonania, a młodzi - w cieniu globalizującego się świata - przymierzają marzenia. Gorycz niespełnienia dopada i jednych, i drugich, ale Wojciech Szlęzak - poruszając i porywając tokiem fascynującej gawędy - wzorem swego mistrza Myśliwskiego stwarza czytelnikowi nieoczekiwaną perspektywę obłaskawienia rzeczywistości.

Autor o książce:
Odkąd pamiętam, interesowała mnie raczej przeszłość niż przyszłość. Łapczywie słuchałem opowieści dziadków o wydarzeniach sprzed lat. Moje myśli uporczywie krążyły wokół tego, co minione, zamiast wybiegać naprzód, jak nakazywałyby prawa młodości. „Cień jabłoni” to również zapis z podróży w przeszłość. Podróży, która staje się próbą odzyskania tożsamości i sensu własnego życia. Głównym zamiarem, jaki przyświecał mi podczas pisania tej książki, było ukazanie jak najpełniejszego obrazu człowieka rzuconego w postmodernistyczną rzeczywistość, gdzie próżno szukać jakichkolwiek pewników. To historia o mierzeniu się nie tyle z przeciwnościami losu, ile raczej z samym sobą.

Fragment:
Trzydzieści lat minęło, a stodoła wciąż stała. I nawet obok zaparkowany był ciągnik, tyle że już inny. Wpatrywałem się w okno domu, licząc na to, że kogoś w nim zobaczę. I owszem, na chwilę pojawił się kontur ludzkiego ciała, lecz mężczyzna stał tyłem. Trudno. Nie wejdę, to się nie przekonam. W końcu po to przyjechałem. Wszedłem na podwórko i okrążyłem chałupę, ponieważ drzwi znajdowały się z tyłu. Tyle jeszcze pamiętałem. Nacisnąłem przycisk dzwonka. Cisza. Pomyślałem, że pewnie zepsuty, i energicznie zapukałem do drzwi. Te po chwili uchyliły się i w półmroku zobaczyłem zarośniętego mężczyznę. Nie miał prawej ręki. To znaczy miał, tylko że do łokcia. Śmierdział. Co tu dużo mówić, waliło od niego potem oraz gorzałą. Otworzył i tylko się na mnie gapił. Nie spytał, o co chodzi ani w czym może pomóc. Nic z tych rzeczy.
- Szukam kogoś - powiedziałem.
- Wchodź, Grzesiek.
Zaprowadził mnie do salonu. To znaczy salon może był tam kiedyś. Teraz była co najwyżej rupieciarnia. Zagracona wiadrami, pałąkami jakimiś, gołe kable wystawały ze ścian. Wszystkie krzesła miały pourywane oparcia, a podłoga się lepiła. Obrus na stoliku pokryty był niezliczoną ilością plam. Po podłodze poniewierały się opalcowane szklanki z fusami po kawie w środku, i trzeba było uważać, aby nie zahaczyć nogą. Poczułem kwaśny odór, aż się wzdrygnąłem, bo od dziecka wrażliwy byłem na zapachy.
- Wiedziałem, że kiedyś przyjedziesz. Ty albo Franek. Siadaj. Czego się napijesz? Piwo mam i kawę. Herbata wyszła - poinformował. - Po piwie nam przyniosę - sam podjął decyzję, zanim zdążyłem się odezwać, i zniknął w drzwiach do kuchni. Nie poszedłem za nim. Nie miałem ochoty oglądać reszty domu. Wrócił po chwili z dwiema butelkami w lewej dłoni. - Co tak stoisz? Siadaj. - Ruchem głowy wskazał na fotel.
Oparcie było wilgotne, ale nie poskarżyłem się, tylko przesunąłem na skraj i nachyliłem do przodu. Jędrek otworzył butelki o kant stołu, wyszczerbiony w tym miejscu i pozdzierany.
- Wypadek w pegeerze - powiedział, dostrzegając chyba, że wpatruję się w kikut. - Już lata temu. Z piętnaście będzie. Proszę. - Postawił piwo na stole. - Na żagle przyjechałeś? To spóźniłeś się. Sezon już się kończy. Zresztą od jutra wichurę zapowiadają. Co u Franka słychać?
- W porządku. Niedawno z Syrii wrócił. Budowy mostu tam doglądał.
- A u ciebie?
- Też w porządku.
- No to się cieszę.
Pociągnąłem nieco z butelki. Nie miałem pojęcia, jak zacząć. I w końcu zacząłem najgorzej, jak tylko możliwe. - Wiesz co, Jędrek, nie najgorzej mi się powodzi. Pomogę ci przez wzgląd na dawne czasy. Przyjaciele od tego są, żeby sobie pomagać.
Wybuchnął śmiechem. Śmiał się długo i obłąkańczo, a ja poczułem mrowienie na plecach.
- Pomożesz mi? Dobre! - Nie potrafił się opanować. - Przyjeżdżasz po dwudziestu latach i mówisz, że mi pomożesz. Nie wytrzymam. A może to ja pomogę tobie, co? - Nagle uspokoił się i wbił we mnie przenikliwe spojrzenie.
- Ty mnie? A w czym? - Nie umiałem ukryć zaskoczenia.
- A w czym byś chciał?
- Jędrek, to naprawdę nie jest problem. Opłacę kogoś. Przyjdzie tutaj posprzątać. Może jedzenia ci brakuje? Chudy jesteś jak szczapa.
Tym razem się nie zaśmiał. Siedział na jednym z tych rozwalonych krzeseł i gapił się na mnie. I ja też miałem okazję mu się przyjrzeć. Przetłuszczone włosy. Broda długa, postrzępiona, nierówna. Wyciągnięty sweter, z uciętym prawym rękawem, drelichowe spodnie. Nos wydawał się nienaturalnie duży. Wielka buła na samym środku twarzy. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, czy zawsze był taki gigantyczny. No i kikut. Starałem się na niego nie spoglądać, ale nie potrafiłem. W którą stronę nie skierowałbym wzroku i tak po chwili powracał do blizny wychylającej się spod wełnianego materiału. A im bardziej się starałem, tym gorzej wychodziło.
- Na litość cię wzięło, co? - odezwał się wreszcie Jędrek, a jego głos aż zadrgał, nie wiem, czy z gniewu, czy z pogardy. - A może to ja nad tobą powinienem się ulitować. Nie pomyślałeś o tym?
- Jędrek, nie musisz się wstydzić - bezmyślnie brnąłem dalej. - Obcym ludziom pomagam. Bliskim też mogę.
- Wynoś się! - warknął, zrywając się z krzesła. - Niepotrzebnie przyjeżdżałeś. Słyszałeś? Wynoś się! I czego gapisz się na moją rękę? Brzydzi cię ona? A widzisz, mnie wcale. Myślisz, że to powód, żeby mi współczuć? O nie. To raczej tobie trzeba współczuć, skoro tak uważasz.
Patrzyłem oniemiały na kolegę z dawnych lat i nie potrafiłem zebrać myśli. Jędrek tymczasem sam siebie nakręcał. Zahaczył dłonią o jedną z butelek, która przewróciła się na stół i piwo zaczęło wylewać się na podłogę. W zacietrzewieniu nawet nie zwrócił na to uwagi. Jakiś obłęd nim zawładnął. Krzyczał, machał rękami. A wirujący w powietrzu kikut wyglądał makabrycznie.
- Może i nie było mi łatwo! Może i nacierpiałem się w życiu przez tamten wypadek! Cierpienie nie jest najstraszniejsze. Najstraszniejsze jest oglądanie, jak ktoś inny cierpi, mam rację? Nie możesz znieść mojego widoku? Brudnego kaleki mieszkającego na śmietniku. Nie jest tak? Widzę to w twoich oczach. Nie zaprzeczaj.
Nawet nie miałem zamiaru. Mężczyzna stojący nade mną napawał przerażeniem. W dodatku wydawał się zupełnie obcy. Zaczęły nachodzić mnie wątpliwości, czy faktycznie to Jędrka widzę przed sobą. Przecież to niemożliwe, żeby aż tak?
- Patrząc na mnie, przypominasz sobie, że ciebie też w każdej chwili może to spotkać. Każdego może. I w końcu spotyka. W tej czy innej formie. Co, przyjemniej się żyje, nie dopuszczając do siebie takiej myśli? Może ci ulży, jak powiem, że to wcale nie jest takie koszmarne. Ani odrobinę gorsze od twojej codzienności. Myślisz, że twoje życie jest szczęśliwsze od mojego? Gówno. W każdym jest tyle samo smutków i radości. I nieważne, czy jesteś gwiazdorem z telewizji i każdego dnia zasypiasz na cycku modelki, czy żebrakiem spod kościoła. Nie musisz martwić się, co do gara włożyć, masz dach nad głową i kochającą rodzinę? Wydaje ci się, że nie masz problemów? Nie martw się. Już życie coś ci znajdzie. Zaczniesz obawiać się, że to wszystko stracisz albo najdą cię myśli, że może zmarnowałeś najlepsze lata, bo mogłeś zostać piłkarzem albo astronautą. Tyle samo zmartwień będziesz mieć co i ja. Człowiek nie został stworzony po to, żeby był szczęśliwy. Wiesz, o czym mówię, prawda?
Zgroza aż wbiła mnie w fotel, zapomniałem nawet o gnijącym, cuchnącym oparciu. Odsunąłem się, jakbym chciał znaleźć się jak najdalej od Jędrka.
- No, powiedz. Co cię trapi? Pieniądze masz, więc nie to. Nachodzą cię lęki? Tak, widzę. Zgadłem. Czego się boisz? Śmierci? A może życia właśnie? Nie ma się czego wstydzić. To normalne. Myślałeś kiedyś, żeby ze sobą skończyć? Typowe. Każdy na górze miewa takie myśli. Mówiłem. Suma trosk i radości musi się zgadzać. A o co masz się martwić, skoro niczego ci nie brak? Chyba tylko o sens tego wszystkiego. No i powiedz, który z nas ma lepiej? Dla mnie wybór prosty i wolę przejmować się tym, że nie mam czym kichy napchać. Nigdy bym się z tobą nie zamienił.

recenzje wywiad | nowości


Powrót

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria