JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości




- wkrótce -


Nowości


Grzegorz Gortat -

Grzegorz Gortat

MUR


Wydanie I

Stron: 376

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-54-7

Cena: 34,00 zł

Premiera: 25.10.2017



20.10.17 Janina Koźbiel
JanKa

Książka osobliwa. Mnie samą zmusza do przemyślenia stosunku do fantastyki, a zwłaszcza tej części, która próbuje bawić się futurologią. Może miliony fanów tego gatunku mają rację? Bo i cóż pozostało tym, którzy nie przepadają za odwzorowywaniem w sztuce życia jeden do jednego, za rzewnymi historiami zdradzonych kobiet i bardzo śmiesznymi kryminałami z ekscentryczną komisarz?

więcej...


Fragment:
Numer wspinający się przede mną po szerokich szczeblach drabiny ubrany był jak ja - w płócienne buty i luźny biały kombinezon z gęstego płótna. Słońce prażyło, materiał na plecach i pod pachami zdążyły mu zabarwić ciemne plamy. Musiałem wyglądać podobnie. Próbowałem odgadnąć, czy to mężczyzna, czy kobieta. Nie żeby mi to było do czegoś potrzebne. Zwykła ciekawość. Szedł chwiejnie, krokiem nowicjusza. Łysy czerep szklił się w słońcu od potu. Dzieliła nas przepisowa odległość czterech szczebli. Bałem się, że nie utrzyma ciężaru, cegły zsuną się z nosidła na plecach i runą na mnie. Żeby nie patrzeć w dół, tam gdzie się zaczynała opasująca Mur szeroka wstęga szarej ziemi, zacząłem liczyć. Jeden, dwa. Jeden, dwa. Dwa to dobra liczba. Zbliżona do ideału. Z zadartą głową, ostrożnie pokonując kolejne szczeble, powtarzałem w myślach: jeden, dwa, jeden, dwa, jeden, dwa.
Z lewa i prawa pięły się po przystawionych do Muru drabinach setki bliźniaczych postaci. W pokrytych pyłem białych kombinezonach, podobni do gigantycznych, ślamazarnych larw, wszyscy o jednako bezwłosych czaszkach, pochyleni pod ciężarem cegieł równo ułożonych w drewnianych nosidłach. Pracowałem już cztery godziny i z utęsknieniem wyczekiwałem krótkich przerw, gdy po złożeniu na szczycie Muru kolejnej partii cegieł wślizguję się do kosza przypisanej mojemu sektorowi jednoosobowej windy, a ta ze skrzypieniem lin i jękiem drewnianych kołowrotów zwozi mnie z wysokości sześciu pięter na dół, zapewniając cenne sekundy odpoczynku, nim ponownie stanę na twardym gruncie i zamelduję się po nowy ładunek. Zazdrościłem szczęśliwcom, którym dziś wypadło pracować w pobliżu Wieży Trzech Praw. Monolit o ścianach wyłożonych białym marmurem, zwieńczony iglicą z republikańską flagą Jedności, stał na północnych obrzeżach placu apelowego, niemal dokładnie naprzeciwko Bramy, i o tej porze dnia dawał nielicznym upragniony cień.
Dziwna rzecz. Zdążyłem o Wieży pomyśleć, gdy na jej szczycie zagrała trąbka, zwiastując południe i porę zmiany strażników.
Wtedy numer przede mną zrobił coś, czym ściągnął na siebie moją uwagę i przykuł spojrzenie strażnika z najbliższej wieży wartowniczej. Najpierw z wprawą, jakiej i ja mógłbym się od niego uczyć, zdjął, jak należało, ciężar z pleców i złożył na szczycie Muru, obok stosów cegieł czekających na budowniczych; zaraz potem jednak płynnym ruchem, jakby ściągał z siebie zbyt luźną skórę, uwolnił się od ubrania, na koniec zzuwając buty. Przez jedną krótką chwilę widziałem spodnią część jego stóp. Wypalone lub wycięte ostrym narzędziem, na wpół zabliźnione rany odcinały się purpurą od bladej skóry podeszew, tworząc rysunek krzyża, znak, jakim handlarze bydła dawniej znakowali najsłabsze sztuki w stadzie, te przeznaczone na wybicie. Tym samym znakiem chrześcijańskie sekty przez wieki opatrywały swoje świątynie.
Strażnik właśnie zamierzał wpuścić zmiennika; cofnął się od metalowych drzwi wieży wartowniczej, szarpnięciem zdjął przewieszony przez ramię karabin i wycelował. Wstrzymałem oddech. Wyobraziłem sobie jego palec na spuście i z ciekawością, o jaką bym się nie posądzał, czekałem na strzał. Powstrzymał się jednak. Uruchomił przycisk syreny i z dziesiątków megafonów popłynął jękliwy, wdzierający się pod czaszkę dźwięk.
Numer odwrócił się do mnie twarzą. Blade, pozbawione owłosienia ciało, z klatką wystających żeber i dyndającym przyrodzeniem pod zapadniętym brzuchem. Mężczyzna. Napotkał moje spojrzenie. Uśmiechnął się, jakby właśnie na to czekał. Coś krzyknął, ale jazgot syreny zagłuszył słowa. Potem się odwrócił i zobaczyłem już tylko oddalające się plecy, kiedy w dwóch susach pokonał szeroki w tym miejscu Mur; skoczył.
Megafony zatrzeszczały i jeden po drugim, jak psy gubiące trop, ucichły. Wszyscy staliśmy tam, gdzie zastał nas alarm. Rozległ się zgrzyt pośpiesznie otwieranej Bramy i tupot nóg wybiegających strażników.
Niezadługo wrócili. Byłem pewien, że Brama zaraz się zatrzaśnie, a trup, skoro tylko obmyją go z krwi, jeszcze tego samego dnia zawiśnie na placu apelowym. Nic podobnego się nie stało. Przy wtórze gwizdków usłyszałem głos Kapitana wydającego rozkazy. Zaterkotały silniki wojskowych samochodów i nawet do miejsca, gdzie stałem, dotarło popiskiwanie detektorów obracających się na dachach wozów. Zbierały sygnały tak, jak tropiące psy łowiły zapachy. Na dźwięk klaksonu kolumna ruszyła.
Słuchając, jak Brama się zamyka, a ryk silników oddala się i ostatecznie zamiera, szukałem racjonalnego wyjaśnienia tego, co na własne oczy ujrzałem. Jakiż człowiek przeżyłby skok z wysokości dwudziestu metrów na twardą ziemię? Jeśli nawet odniósł obrażenia, to niezbyt poważne, skoro o własnych siłach podjął ucieczkę.
Kapitan pozostał na miejscu, bo z megafonów popłynęły teraz jego rozkazy. Posłusznie wszedłem na ostatni szczebel i złożyłem nosidło z cegłami na szczycie Muru. Prostując zesztywniałe plecy, nie wiedzieć czemu pewny, że tego dnia podobne wykroczenie ujdzie mi płazem, wybiegłem spojrzeniem na drugą stronę. Jak okiem sięgnąć idealnie płaski, pozbawiony roślinności krajobraz, którego sztucznej harmonii nic nie burzyło. Samochody krążyły nieporadnie po tej rozległej pustce, wolnej od głazów, strumieni, wzniesień czy uskoków, błyskając w słońcu antenami i co rusz zmieniając kierunek, z tej odległości podobne do wielkich owadów, obżartych i przez to nieco otępiałych.
Jednak udało mu się uciec, powiedziałem głośno, bo stojąc na Murze nie musiałem się bać, że ktoś usłyszy.
Wszyscy pojedynczo na plac apelowy, zarządził Kapitan.
Pojedynczo, z przyzwyczajenia powtórzyłem. Jeden to wszyscy, wszyscy to jeden. Nie mamy imion ani nazwisk. Mikroskopijna płytka wszczepiona w kciuk lewej ręki zawiera wszystko, co Republika o każdym musi wiedzieć - od daty urodzenia w Laboratorium po aktualny stan zdrowia. Informacje można modyfikować, samej płytki jednak nie sposób się pozbyć, chyba że z kciukiem. Byłem pewien, że kiedy przywiozą uciekiniera - bo że go wytropią i sprowadzą z powrotem, nie wątpiłem nawet przez chwilę - kciuk będzie na swoim miejscu. Podobno dawniej się zdarzało, że zwierzę schwytane w sidła, dla ratowania życia, odgryzało unieruchomioną kończynę; ale o dawnym świecie mówi się wiele dziwnych rzeczy.
Pojedynczo na plac apelowy, ryknął Kapitan. Zupełnie niepotrzebnie, bo ze wszystkich stron, porzucając narzędzia i pracę, ciągnęliśmy od strony Muru w długich, uporządkowanych szeregach, stopniowo dołączając do kolumn już ustawionych na miejscu zbiórki w karnym ordynku, twarzami do Wieży Trzech Praw. Nad placem łopotała biała flaga Jedności. "Biała jak serce Jakuba Martensa, który nas stworzył, zrównał w prawach i obdarzył wolnością".
Zmierzałem na swoje miejsce, powtarzając jak automat słowa szkolnej czytanki o białym sercu prezydenta Martensa. Równo stawiałem kroki. Jeden, dwa. Jeden, dwa. Dwa to dobra liczba. Zbliżona do ideału.

***

Kapitan na długo zniknął. Wrócił wystrojony w biały galowy mundur - oficerskie pagony, czapka ze złotym otokiem, kontrastujące z bielą spodni czarne oficerki, wyglansowane do połysku. Stanął na skraju placu apelowego, bokiem do nas ustawionych w czworobok, i z zadartą głową długo się wpatrywał w niebo, tam gdzie południowe słońce przebijało się mozolnie przez ołowiane chmury. Chusteczką otarł pot z czoła i ruszył, lustrując pierwszy szereg. Miał starą twarz czterdziestolatka, ale żylaste, wysportowane ciało wciąż było mu posłuszne. Zatrzymał się i usłyszałem, jak jednego z nas pyta:
Wiesz, dlaczego tak stoicie?
Za karę, panie Kapitanie.
Dureń!
Budowniczowie właśnie skończyli stawiać pod Wieżą Trzech Praw wysokie rusztowanie. Kapitan zgrabnie wbiegł po schodkach na sam szczyt.
Dziś świętujemy!, zawołał.
Ręką dał znak orkiestrze dętej. Zagrała, a Kapitan zaczął śpiewać. Pod białą flagą, furkoczącą na wietrze, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, drobny na tle Wieży, radośnie zaintonował hymn Republiki. Jego entuzjazm i nam się udzielił.
Śpiewaliśmy o wolności. O najlepszym ze światów, w jakim przyszło nam żyć. Przegapiliśmy moment, gdy Kapitan zamknął usta, a potem, odwracając głowy, patrzyliśmy, jak marszowym krokiem zmierza do Rotundy, dwupiętrowego gmaszyska z czerwonej cegły, wzniesionego na wschodnich obrzeżach placu apelowego. Orkiestra ucichła i przez chwilę tylko nasze rozśpiewane głosy tłumiły stukot podkutych oficerków.
Strażników przybywało. Prężyli się jak na paradzie, wybiegając spojrzeniami na przemian to ku Bramie, to ku Rotundzie. Rozmawiali między sobą i dowcipkowali, na nas nie zwracali uwagi.
Mijały godziny. Przestępowałem z nogi na nogę, walcząc z narastającym bólem pęcherza i głodem. Próbując odwrócić uwagę, liczyłem do stu i zaczynałem od nowa. Parcie w dole brzucha przybierało na sile. Pęcherz zrobił się twardy jak kamień, grożąc pęknięciem. W końcu się poddałem.
Na tle wieczornego nieba Mur okalający obóz wydawał się jeszcze wyższy. Na chwilę nad poczuciem upokorzenia, zmęczeniem i głodem górę wzięła duma. Mur stał tutaj, zanim się narodziłem, myślałem. Kiedy mnie zabraknie, inni będą budować go dalej.Oblał mnie zimny pot, bo tuż za moimi plecami rozległy się ściszone męskie głosy:
Znajdą go.
Akurat!
Znajdą! Daleko nie mógł uciec.
Bałem się poruszyć, żeby strażnicy nie zaczęli mnie podejrzewać o łamanie zakazu prowadzenia rozmów.
Gdyby mieli go odnaleźć, to już by tu był.
Znajdą, upierał się ten pierwszy. Zawsze znajdują.

***

Cień rzucany przez Wieżę Trzech Praw przesuwał się, aż zajął połowę placu. Wraz z nadejściem zmroku włączyły się reflektory. Jakby żyły w niewidzialnym świecie i tylko w takich chwilach decydowały się go opuścić, chmarami zleciały się owady. Kotłowały się wokół światła, raz po raz przypuszczając atak na szklaną osłonę lamp. Przyglądając się im, próbowałem sobie wyobrazić ptaki. Jeśli nie liczyć dawnych kronik filmowych, nigdy żadnego na własne oczy nie widziałem.
Pokazał się Kapitan na czele plutonu żołnierzy; minęli Wieżę i wzdłuż Muru kierowali się ku Bramie.
Otworzyły się drzwi Rotundy i ujrzeliśmy Sędziego. Jechał odkrytym samochodem, rozparty na tylnym siedzeniu, dłonie opierał na metalowej lasce. Nawet siedząc, zdawał się górować nad nami wzrostem. Strażnicy stawali na baczność, przybijając obcasami, on jednak nawet na centymetr nie odwracał głowy, jakby oszczędzał siły. Rozmieszczone wokół placu kamery rejestrowały przejazd samochodu i na białej ścianie Wieży, powiększony do gigantycznych rozmiarów, wyświetlał się wizerunek Sędziego. Widziałem, jak bez wysiłku unosi ciężką laskę i dotyka pleców kierowcy. Samochód się zatrzymał. Sędzia dźwignął się z fotela.
Wszyscy znamy historię Samuela Millsa i jego dwunastu synów, powiedział.
Miał na sobie długą, białą szatę. Połyskiwała w świetle reflektorów. Wiatr wzdymał jej szerokie rękawy.
Jedenastu synów Samuela było ojcu bezgranicznie posłusznych, ciągnął Sędzia. Dwunasty się sprzeciwiał, sprzeniewierzył ojcowski majątek i na koniec ojca porzucił. Ale kiedy na syna spadły nieszczęścia, gdy u nikogo nie znajdował pomocy, a głód mu doskwierał, przyznał się do grzechu pychy i powrócił do rodzinnego domu. Co zrobił Samuel? Przyjął syna pod swój dach. Wybaczył, dając przykład...
Przerwał mu dochodzący od Bramy warkot werbli. Hałas przybliżał się. Ze spowijającej obrzeża placu ciemności, w jasny czworobok wytyczony światłem reflektorów, wbiła się bryła ciężarówki. Na odkrytej platformie, otoczony kordonem żołnierzy, stał uciekinier, nagi jak w chwili przyjścia na świat. Po bokach wozu maszerowali werbliści. Pochód zatrzymał się na wysokości rusztowania, z kabiny ciężarówki wyskoczył Kapitan i przystąpił do wydawania poleceń. Werble ucichły, a żołnierze, zacieśniwszy kordon, sprowadzili uciekiniera na betonowy plac, schodkami powiedli na szczyt rusztowania.
Sędzia już tam zmierzał. W sięgającej za kostki białej szacie nie tyle stąpał po ziemi, ile unosił się nad nią. Dwóch żołnierzy podało mu wieniec ze sztucznych białych kwiatów.
Kapitan nie odstępował go na krok, kiedy Sędzia znalazł się na rusztowaniu, wszedł między rozstępujących się żołnierzy i nachyliwszy się nad nagusem, w świetle lamp podobnym do bezskrzydłej ćmy zwabionej do płomienia, zawiesił mu wieniec na szyi, po czym, dłonie opierając na jego ramionach, ucałował uroczyście w oba policzki.
Wybaczam ci, rzekł Sędzia. Pchnął mężczyznę prosto w łapy żołnierzy. Kochamy cię i wybaczamy, tak jak Samuel Mills wybaczył synowi marnotrawnemu.
Tamten się szarpnął i próbował zrzucić z siebie wieniec. Dźgnięty przez któregoś z żołnierzy pięścią w wątrobę, opadł na kolana. Krótkimi haustami chwytał powietrze. W tym czasie operator podnośnika zamontowanego na platformie ciężarówki oderwał od ziemi pojemnik z hartowanego szkła; wywindowany wysoko, pojemnik zawisł tuż nad uciekinierem, przez chwilę kołysał się łagodnie, by wreszcie, naprowadzony przez żołnierzy, osiąść bezgłośnie na przeznaczonym mu miejscu rusztowania.
Więzień tkwił w szklanej osłonie niczym nieznanego gatunku ryba w wielkim akwarium. Werble ponownie zagrzmiały. Nie było słychać, jak krzyczy, kiedy przez otwór w górze pojemnika szlauchem popłynęła woda.
Powiększony obraz z kamery zajmował centralną ścianę Wieży na całej jej szerokości. Nie mogłem oderwać wzroku. Skazaniec górował nad placem, olbrzymi i bezbronny; kiedy woda sięgała już piersi, zaparł się plecami i nogami o ściany pojemnika, próbując go rozepchnąć. Miotał się, jakby wierzył, że gdzieś kryje się szczelina, przez którą zdoła się wydostać na zewnątrz. Nie poddał się nawet wtedy, gdy woda zakryła mu głowę i wypełniła naczynie do końca.
Wreszcie się uspokoił. Woda przestała się burzyć. Sędzia tymczasem zniknął. Kapitan uciszył werble, odesłał żołnierzy, a nam kazał się rozejść.

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego na rok 2015


recenzje wywiad | nowości


Patrzę

Monika Mostowik

PATRZĘ


Ilustracje: Ada Danda

Wydanie I

Stron: 328

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-52-3

Cena: 34,00 zł

Premiera: 15.05.2017

Patroni medialni:



„Patrzę” to książkowy powrót po dłuższym milczeniu - poprzednio były „Histeryjki o May” wydane w 2008 - intrygującej krakowskiej pisarki i scenarzystki. W 22 tworzących spójny zbiór opowiadaniach Monika Mostowik w oryginalny, tylko sobie właściwy sposób zajmuje się tematem, który jest już poniekąd jej znakiem firmowym: kobietą niepewną swej tożsamości.

„Podstawowym pytaniem, jakie zadają sobie bohaterki Mostowik, jest pytanie o to, czy można naprawdę opowiedzieć siebie. Autorka zapisuje historie, ale i stany emocjonalne z nimi związane. Konfrontuje nas z prawdziwą kobiecą nagością, jej prawdziwym wstydem, ale również z prawdziwą dumą. „Patrzę” portretuje tożsamość jako składową relacji i konfrontacji z własnymi doświadczeniami. Bardzo często prawdy o sobie kobiety Mostowik poszukują w kontakcie z drugą kobietą. Ta bliskość warunkuje ujrzenie siebie naprawdę”.

Jarosław Czechowicz


„Mam wrażenie, że te intymne historie opowiadają o mnie, o moich uczuciach, spostrzeżeniach, wspomnieniach. Jednocześnie zaskakują i podbijają mnie scenerią, sytuacją, szczegółami, odcieniami. Zaczynają się od pytania, kim jest ta mijana na ulicy, podglądana, porzucana kobieta, którą byłyśmy lub będziemy. Mostowik zdaje się znać odpowiedzi, ale nie wyjawia całej tajemnicy. Reguluje natężenie emocji, idzie w głąb postaci, by przejść do następnej, bo nigdy jej nie dość”.

Inga Iwasiów


Od autorki:
Kobiecość - czymkolwiek jest oraz czym nie jest - rozbieram na części pierwsze, z sukienek i szminek, z warkoczy i róż, z łez. I tkam z tego sny.

„Urodziny”
(fragment)

Musiałam tam pojechać. Tam, gdzie dorastała. Nigdy wcześniej nie widziałam takich domów. Co roku przelewałam pieniądze na pomoc domom dziecka, bo przecież nie będę wspierać alkoholików, pijaków, ale do tego ograniczało się moje zaangażowanie. Zaparkowałam na zakazie, bo zobaczyłam panią psycholog i tego wychowawcę. Nie mogłam się nie zatrzymać. Dogoniłam ich.
- Dzień dobry!
Stanęli jak wryci, prawie zapomniałam, po co do nich podeszłam.
- Chciałam porozmawiać o Emilii.
- Ale my się spieszymy - usiłował mnie zbyć wychowawca.
- To kiedy możemy się spotkać?
- Proszę do mnie zadzwonić, umówimy się.
I ot tak znikli za rogiem. Wtedy zobaczyłam dziewczynę wyglądającą zza ogrodzenia.
- Dzień dobry. To u pani sprząta Emilka, tak?
Przytaknęłam.
- Mieszkałyśmy w jednym pokoju. To ja jej zafarbowałam włosy. A co u niej w ogóle?
- Wszystko dobrze.
- Może jej pani to dać? - Podała mi zdjęcie: one dwie na scenie, Emilia śpiewa przy mikrofonie, ona z gitarą. Na odwrocie zdjęcia napis „Zawsze razem”. - To nasze zdjęcie z konkursu piosenek. Dostałyśmy wtedy nagrodę. Dopiero teraz wywołałam.
- To Emilka śpiewa?
- I to jak! Ma super głos!
Nie byłam w stanie nic odpowiedzieć, zatkało mnie. Wydawało mi się, że tym razem ja nie odezwę się słowem, już nigdy. Straż miejska założyła mi blokadę na koło. Musiałam wracać na nogach. Było mi to potrzebne, żeby opanować złość, żeby ją zgubić gdzieś po drodze. Oczywiście przywitała mnie sąsiadka.
- Samochód się zepsuł pani dyrektor?
- Trochę ruchu mi nie zaszkodzi.
Weszłam do domu i od razu miałam zamiar coś wykrzyczeć, ale się powstrzymałam. Przez uchylone drzwi łazienki zobaczyłam Emilię. Przygotowywała pranie. Wyciągała brudne ubrania z kosza i wkładała je do pralki. Długo, zbyt długo przyglądała się moim majtkom, mięła je w dłoniach. Po chwili zdjęła swoje, a założyła moje. Stała tak bez ruchu, uśmiechając się do siebie. Patrzyłam na nią z zapartym tchem, trzymając w ręce buty. Nie jestem pewna, co czułam oprócz strachu, że mnie nagle zauważy - niepokój czy podniecenie?

Czasem spędzała całe popołudnie i wieczór u siebie, nie przychodziła nawet na swój ulubiony serial, musiałam jej zanieść telewizor. Czasem słyszałam, jak płacze, i sama płakałam wtedy ze wzruszenia, że wreszcie ją słyszę.
Lubiła mnie czesać. Szczotkowała mi włosy cierpliwie, pomału, kojąco. Poddawałam się temu. Poprosiłam ją do tańca, a raczej porwałam, wykręcała się, ale to była moja ulubiona piosenka, nie mogłam dać za wygraną. Myślałam, że jeśli ubiorę ją w marynarkę i kapelusz, schowam włosy, tak że będzie wyglądała bardziej męsko, będzie nam łatwiej.
Zupełnie nie wiem, dlaczego przyszło mi to do głowy. Strąciła kapelusz, wyswobodziła włosy i wtedy ze mną zatańczyła. I pierwszy raz pocałowała. Była taka piękna i śmiała.
Jeszcze długo potem nuciłyśmy tę piosenkę.

W pracy uczyłam się języka migowego. Musi być jakiś sposób, myślałam, żeby do niej dotrzeć, żeby porozmawiać.
Cudownie radziła sobie w moim domu. Kwitł i rodził owoce, a my razem z nim.
- Może otworzymy restaurację? Serio. Zróbmy coś ciekawego.
Usiłowałam to powiedzieć w języku migowym, w jej języku.
- Zaczęłam się uczyć. Niedługo będziesz mogła do mnie tak mówić. - Do Emilii jednak jakby to nie docierało. - Nie cieszysz się?

Tego wieczora wszystko mogło się rozegrać, gdybym była bardziej czujna, bardziej uważna. Nie mogłam znaleźć zapałek, choć przecież dopiero co kupiłam całą paczkę. Emilia nocami budowała domki z zapałek. Każdy ma jakiś sposób na bezsenność. Ja połykam tabletki. W jednym z tych domków chciałam wtedy zamieszkać, gdyby nie miał schodów.
Wyrwała mi je czym prędzej.
- W takim razie jutro kupię więcej zapałek. Żeby było czym zapalić świeczkę. Mogłaś powiedzieć...
Właśnie. Przecież mogła powiedzieć. Coraz trudniej było mi się pogodzić z tą jej niemotą. Uparła się i tyle.
- Nigdy nie miałam przyjaciółki. No, jedną, ale wyjechała do Stanów, więc w ogóle nic nie zdążyłyśmy. Zresztą mój ojciec ciągle powtarzał, że kobiety potrafią tylko zazdrościć. A ty mi czegoś zazdrościsz? - Próbowałam wyczytać odpowiedź z jej twarzy, ale byłam już tym zmęczona. Wszystkie te odpowiedzi, które tak sobie z czegoś wyczytałam, mogły być kłamstwem. A co, jeśli wszystko to sobie wymyśliłam? - Bo ja ci czasem zazdroszczę.

Obudziłam się w nocy, a ona stała przy mnie nieruchomo.
- Co się dzieje? - Drżała. Nasłuchiwałam, ale nie było ani burzy, ani wichury. - No chodź tu do mnie.
Wsunęła się delikatnie pod kołdrę.
- Śpisz? - zapytałam po chwili. Wiedziałam, że nie śpi. - Chcesz mnie pocałować?

Na podstawie „Urodzin” powstał film Wiesława Zielińskiego pod tym samym tytułem.

recenzje wywiad | nowości

Ceremoniały

Andrzej Turczyński

CEREMONIAŁY


Wydanie I

Stron: 180

Format: 205x145mm

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

ISBN 978-83-62247-50-9

Cena: 27,00 zł

Premiera: 22 lutego 2017

Patroni medialni:


O książce:
Gdyby powiedzieć, że „Ceremoniały” są książką o umieraniu, byłaby to prawda cząstkowa. Bo są one jednocześnie pochwałą wszelkich form życia, hymnem na cześć élan vital. Białooka Turczyńskiego jawi się jako artystka - niezwykle pomysłowa; brutalność skutecznie przysłania poezją, a konieczność przedstawia niczym wybór atrakcyjnej tanecznej figury. Fascynuje i wabi. Nieistnienie staje się w ten sposób formą istnienia - poszerzają się granice świata, rozciągają czas i przestrzeń, a ludzkie materialne figurki z pewnego miasta En bez trudu znajdują sobie sąsiadów wśród istot stworzonych przez wyobraźnię, uwięzionych w ramach obrazów czy między kartami ksiąg. Droga do kamienia mądrości - niegdyś zawłaszczana przez magów - może stać się udziałem nawet spracowanej starej kobyły. W świecie Turczyńskiego - tak bardzo zanurzonym w przeszłości i sztuce - czuć się powinien jak u siebie każdy współczesny czujący ekolog.

Od autora:
Czuję się pisarzem niezależnym tym szczególnym rodzajem niezależności, która pozwala być - nie ulegając bezpośrednim wpływom - wiernym trzem różnym literackim tradycjom: literatury rosyjskiej, francuskiej i polskiej. Wciąż bliskie jest mi też dzieło Dantego i Szekspira, niewykluczone, że pod wpływem Eliota, który gdzieś zauważył, iż „Dante i Szekspir podzielili między siebie świat: trzeciego nie ma”, choć dostrzegam, że jednak jest świat trzeci, którym włada Goethe. Wypływając z takich źródeł, moje pisarstwo nie może się ograniczać do rejestracji powierzchni, płaszczyzny zewnętrznej życia, którą każdy widzi. Nie mam nic wspólnego z pozytywistycznym lustrem, bo chyba nie jest dobrze, jeśli pisarz kontempluje swoje dzieło, a jeśli już, to najlepiej, aby wybrał sobie technikę taoistyczną: być jak lustro, czyli odbijać obrazy świata, ale ich nie zatrzymywać.

„Drzewo nocnego wiatru”
Benedykt, powołując się na uwagę Hartleya: The past is a foreign country: they do things differently there, przekonywał o nierozdzielności tego, co niegdyś, od tego, co nieuchwytne, umykające zmysłom, znikające nie wiedzieć kiedy, dziś. Utrzymywał także, iż los jest czymś poza przypadkiem, ale też i poza koniecznością, będąc od nich niezależny. A co się tyczy konieczności, to oczywiście rację ma Szestow, gdy notuje, że „wszelka konieczność jest ograniczeniem”. Tak czy inaczej, perorował, blado się uśmiechając, mizerną jest mi pociechą, że przemijam w kontinuum czasoprzestrzeni, jeśli w ogóle można tutaj chwytać się jakiejś pociechy.
Benedykt i Bernard pod rozłożystą koroną czerwonego klonu grali w szachy. Od trzydziestu lat spotykali się w piątkowe popołudnia, aby rozegrać jedną partię, którą nieodmiennie któryś z nich rozpoczynał gambitem królewskim, oczywiście ryzykując głową. Partię rozgrywali w ściśle ograniczonym czasie: od poobiednia do przedwieczerzy, zatem jeśli zdarzyło się - a zdarzało się! - że partii nie rozstrzygnięto, figury szły do pudła, B. i B. podawali sobie ręce i rozchodzili się każdy w swoją stronę. Faktem bynajmniej nie bagatelnym jest, że graczami byli kiepskimi, nawet ulubiony przez nich ów gambit królewski w dalszej rozgrywce nie rozwijał się zgodnie z przewidywaniami białych, kończąc się blokadą wszystkich figur, ale i tak w opinii kibiców w sąsiedztwie czerwonego klonu uchodzili za szachowe znakomitości, omal za arcymistrzów w rodzaju Botwinnika, Kasparowa, Fischera, nie mówiąc już o Capablance. Niebo tak na przestrzał błękitne, że gdyby się było bezgrzesznym, można by spoglądać w oczy aniołom lub nawet demonom - zauważa Benedykt i wybucha śmiechem. Śmieją się gapie i stali obserwatorzy, dziś rozgrywce kibicują obydwie frakcje. Szachiści bezbłędnie je rozróżniali, tak jak nie rozdzielali wczoraj od dziś. Prawdziwi królowie królewskich gambitów, niezależnie od jakości wykonawstwa. I nie tylko! Także wyborni gawędziarze i dyskutanci na każdy temat, pod warunkiem, że tyczy fizyki cząstek elementarnych, metafizyki Spinozy lub Boga w ujęciu Anzelma z Canterbury. W razie wystąpienia jakichś sprzeczności lub wątpliwości zawsze można odwołać się do liderów kibicujących im frakcji, chociaż na ogół vox populi nie jest słyszalny. Skonsternowany lud milczy, spuszcza wzrok na czubki butów w oczekiwaniu na królewski wybuch śmiechu, i już po sprawie, play show must go on. Jeden z graczy był nauczycielem, czy też profesorem, panem od fizyki, a drugi panem od propedeutyki filozofii w miejscowym liceum. Któregoś wieczoru wpadli na siebie. O, przepraszam, zamyśliłem się, sumitował się pierwszy z nich, na co drugi: To ja przepraszam, zagapiłem się, więc o wybaczenie proszę, ale w jego tonie zabrzmiała wyraźnie żartobliwa nutka, która trochę zirytowała pierwszego, więc, aby już mieć uprzejmości z głowy, rzucił: Ależ to głupstwo! i już wymijał drugiego, lecz ten zastąpił mu drogę. Możliwe, rzekł, ale zawsze pozostaje jakieś ale, nieprawdaż? Nie ma o czym mówić, nie ulegał tej z lekka prowokacyjnej zaczepce pierwszy. No, w zasadzie, ale jednak, gdyby, i tak dalej, pan rozumie. Święta racja, bez dwóch zdań, ale pozwoli pan, że zapytam: grywa pan w szachy? A owszem, choć słabo. Przypadkowe to spotkanie dla każdego z nich okazało się czymś w rodzaju przeskoku z jednego świata do drugiego, z nieobecności w życiu drugiego do powoli niezbywalnej obecności w nim, od nieznajomości do znajomości sprowadzającej się do cotygodniowej partyjki pod koroną czerwonego klonu, tej specyficznej nader przygodności, wynikającej z niespodziewanego, by tak rzec przelotnego przypadku. Traf, i tyle. Benedykt, Bernard - panowie podali sobie ręce, przedstawili się imionami, wbrew obyczajowi ludzi ich pokroju, na razie nie wyjawiając nazwisk, może pamiętając procedury cesarskiego ceremoniału funebralnego Habsburgów. Tenże traf sprawił, iż rozmawiając, przeszli kilka kroków, a dzień był jaskrawo lśniący w słońcu, więc skryli się w czerwonawym cieniu klonu i przysiedli na ławce bez oparcia, w sam raz nadającej się do rozłożenia na niej szachownicy. Pogadując o wszystkim i niczym, jak to na początku każdej znajomości, o której nie wiadomo, jak i czy w ogóle się rozwinie. A wie pan, że teraz szachy uchodzą prawie wyłącznie za dyscyplinę sportową. Tak, komu potrzebna rozgrywka tak intelektualna. Patrząc po sobie, wybuchają śmiechem. Teraz już śmiało mogą się umówić na partyjkę. Tutaj? Tutaj, to całkiem dobre miejsce. Nawet bardzo dobre. Wobec tego, czy odpowiada panu następny piątek, o ile nie będzie padać. Wtedy kolejny piątek? Wspaniale. I rozchodzą się, każdy w swoją stronę. Po latach zauważają, że z ich czasem dzieje się coś dziwnego, to znaczy z subiektywnym jego odczuwaniem - Bernard twierdzi, że czas ucieka, Benedykt - że goni jak szalony, że wyprzedza jego życie, stojąc w miejscu - wobec postępującej w nich starości. Nie mówią o niej głośno, lecz mimo słabnącego wzroku dostrzegają u siebie nawzajem i u siebie samych takie, siakie i owakie jej symptomy, słowem: tetryczenie. Zaczęli sobie prawić drobne złośliwostki, choćby komentując powstałe na szachownicy sytuacje, dąsać się na siebie, testować ponad miarę cierpliwość drugiego, odwlekając wykonanie ruchu i tak dalej. Fizykowi Bernardowi zdarzyło się nawet zgarnąć w złości i strącić z planszy na ziemię figury, po czym przez trzy tygodnie rozgoryczony Benedykt nie stawał na placu boju, chociaż z ukrycia obserwował też ukrywającego się nieudolnie partnera. Jednakże w wietrzny piątek czwartego tygodnia września obaj stawili się do partii, Benedykt uściskał Bernardowi dłoń obydwiema rękami. Wszystko w porządku? Tak jakby, wyłączając drobiazgi. Nic, tylko się cieszyć - Benedykt uśmiechnął się z zażenowaniem - ale i tak powiem, że wisi panu u nosa kapka. Bernard skinął głową, dziękuję, i wyjął z kieszeni elegancką, z zaprasowanymi kantami, chusteczkę do nosa. Rozdzieleni szachownicą okraczyli ławkę - tego popołudnia białe wylosował Benedykt, więc zgodnie z tradycją otwiera partię klasycznym gambitem e4 e5, ale czeka go niespodzianka: Bernard nie przyjmuje zagrania, odrzuca gambit białych i po długim namyśle zagrywa Gc5, następnie wciągając głęboko powietrze, podnosi twarz ku niebu, ku jasnym obłokom, płynącym powoli po skosie z południa na zachód, przy okazji pokazując partnerowi niedokładnie wygolony podbródek i sztywne, posklejane śluzem włoski sterczące z nosa. Ohyda! Właściwie to od kilku dni mam się marnie, mówi Bernard, na co Benedykt: Nie ma sprawy, szczerze mówiąc, ja także nie mam wielkiej ochoty kontynuować. Na dworze niby ciepło, a mimo to chłodno. Drzewo rzuca głęboki cień, samo tkwiąc w strudze słonecznych promieni. Oddalamy się, głosem wyzbytym z dźwięczności odzywa się Bernard. Tak, a od czego? Od życia, po prostu od życia, fizyk nieznacznie wzrusza ramionami. Byli sami, z biegiem czasu ich frakcje się wykruszyły - jak długo można kibicować milczeniu albo stwierdzeniom, po których zapomina się języka w gębie, i ruchom rąk przesuwających pionki czy delikatnym stuknięciom o powierzchnię planszy. Nie tylko gracze, wszystko wokół nich traciło impet, starzało się, zmieniało, a czas zawisał na wszystkim obojętnie. Wielki czerwono-żółty komin starego browaru saperzy wysadzili w powietrze; największa w dziejach miasteczka En powódź zalała piwnice i zniszczyła gromadzone dekadami dokumenty miejskiego archiwum, mieszczącego się w dawnej klasztornej kaplicy, adaptowanej do jego potrzeb; instytucję zainstalowano w nowoczesnym budynku, a „klasztorek” stał się na pewien czas przystanią miejscowych mętów, aby w końcu podzielić los komina. B. i B. przyglądali się, jak taran, ogromna stalowa kula burząca, podczepiona u ramienia potężnego buldożera rozwala zwietrzałe warowne mury średniowiecznej budowli: Sic transit gloria mundi, przypomniał na odchodne Benedykt, z szacunkiem uchylając przed ruiną kapelusza. Z klonu osypały się liście, przyszły deszcze, ale w któryś piątek partnerzy przeciwnicy, znajomi nieznajomi spotkali się pod swoim bezlistnym drzewem. Spodziewałem się pana tutaj, wymamrotał Bernard, przepraszam za bełkot, ale zgubiłem protezę. Współczuję, coś o tym wiem, ale wracając do rzeczy, ja też byłem pana pewny, bo to już jutro. Niestety, tak przeczytałem. Co im wadzi tutaj nasze drzewo? No wie pan, mamy nowe czasy, a to było nie było czerwony klon, Acer rubrum, choć to może nie do końca prawda, bo czerwony jest tylko w porze kwitnienia i jesiennego gaśnięcia. Ano tak. Stali naprzeciwko drzewa, mając przed sobą jego gładki popielatogołębi pień, rozłożystą koronę ze wspinającymi się skośnie ku niebu gałęziami. To jego ostatnia noc, jutro o tej porze, no cóż, vous vous comprenez - vie et la mort, seplenił Bernard, wyjmując z kieszeni prochowca niewielkie płaskie zawiniątko przewiązane biało-czerwonym sznurkiem. Pan wybaczy, to nic takiego, ale? no nic, do otwarcia w domu. I niespodziewanie klepnąwszy Benedykta w ramię, lekko powłócząc nogą, już szedł w stronę śródmieścia. Benedykt patrzył za nim, ściskając w ręku twardy płaski pakiecik. Zaczął prószyć śnieg drobny i ostry jak stalowe strużyny, kiedy Benedykt wchodził w swoją krótką, nieco zwichrowaną uliczkę. W nocy tak wiało, że dom zdawał się drżeć w posadach, wiatr przewalał się, dudniąc w przewodach wentylacyjnych, brzęczały szyby, potrzaskiwała podłoga i meble, rwący się poszum nagich gałęzi okolicznych drzew to przycichał, to docierał do wnętrza mieszkania z niepojętą furią, jednocześnie górny wicher toczył obłoki oświetlone fosforycznie zimnym blaskiem księżyca, przesuwał wielkie ławice granatowoczarnych chmur. Benedykt odczuwał bolesne nierówne kołatanie serca i duszność, ciało powlekła chłodna warstewka potu, a pragnienie zmusiło, by wstał się napić; do łóżka wracał, telepiąc się z zimna.
Poranek nadal był wietrzny, niebo jak zamiecione, nawet strzępka chmury. Zniknęła nawet wieczorna śnieżna poprószka. Niewyspany, jeszcze nieogolony, z podkrążonymi oczyma Benedykt stał w kuchni, zaparzając herbatę i porcjując leki. Wcześniej myślał odwiedzić córkę, ale już odeszła go ochota, czuje się marnie, marniej niż zwykle, wystarczy, jak zadzwoni; nie okazywać słabości i nikomu nie zawracać głowy swoją osobą - tak brzmią zalecenia starości. Usiadł przy podokiennym stole i patrząc w głąb uliczki, zażył poranne tabletki, herbatę miał, jak lubił: mocną i cierpką. Za oknem nieliczni przechodnie, bliżsi i dalsi sąsiedzi z psami na smyczach walczyli z wiatrem, idąc mu naprzeciw albo popędzani nim, ledwo trzymali się na nogach. Starsza kobieta omal fruwała w pelerynie. Właśnie wtedy przypomniał mu się zagadkowy podarunek, dotąd tkwiący w kieszeni kurtki, podreptał więc do przedpokoju. Rozsupłał sznurek, odwinął z papieru i oto miał przed sobą wsunięty między sztywne plastikowe okładki wyrwany skądś początek zapisu nutowego sławnej „Ciszy” Niniego Rosso.
Dziwny, nawet w jakiś sposób niedorzeczny podarek, no, bo gdyby jeszcze płyta z tym utworem, ale nuty? Co jemu po nich, skoro nie potrafi nawet ich odczytać, a i samej kompozycji nie kojarzy z tytułem „Il silenzio”. Tak czy inaczej ekscentryczny gest Bernarda bardziej go zaskoczył i zeźlił, niż ucieszył, chyba że Bernard tym osobliwym sposobem chciał mu coś przekazać, wyjawić coś, co nie dałoby się wyrazić inaczej, w innej formie, ale nie zamierza łamać sobie nad tym głowy, nie pojmie sensu tego przesłania. Niemy kuchenny zegar z kukułką przynajmniej dwa razy na dobę wskazujący dobrą godzinę - pierwszą z kwadransem po północy i trzynastą z kwadransem po południu - niespodzianie uprzytomnił mu, że mimo stosunkowo wczesnej pory dobrze byłoby wyjść, zobaczyć, jak ma się sprawa z klonem. Ubierał się, mamrocząc Jesienina zaczątek wiersza o klonie. Sam się zdziwił, że to pamięta. Zanikał pośród szumu przelewającej mu się w sercu krwi czy może nadciągającej skądś wichury. Już z daleka widział, chociaż klon stał na swoim miejscu nietknięty piłą ni siekierą, że coś się wydarzyło: wokół drzewa kręcili się policjanci, parkowały policyjne radiowozy. Doszedłszy do grupki gapiów, zapytał o powód zamieszania.: Ktoś się nocą obwiesił na tym drzewie, jakiś starszy facet. No, rzucił ktoś, dawniej się gadało, że kiedy nocą wiatr wieje, to wisielcem na sznurze pomiata i chwieje, widać to prawda. Wisielcze drzewo, powinno się ściąć francę, prawdę mówię, co nie? Ludzie powoli się rozchodzili, a za nimi powlókł się też Benedykt z bolesnym uczuciem daremności śmierci Bernarda, która nie ocali ich czerwonego klonu, podobnie jak nic nie ocali świata ni ludzi przed ludźmi właśnie.
Zaczął prószyć śnieg, a kiedy Benedykt dochodził do domu, oślepiała go już zamieć.

recenzje wywiad | nowości


Powrót

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria