JanKa. Wydawnictwo i...
WYDAWNICTWO REDAKTORNIA PORADNIA DTP SPRZEDAŻ KONTAKT
 
 
 
KSIĄŻKI
AUTORZY
WYWIADY
RECENZJE
GALERIA
LINKI
RECENZJE WYWIADZAMÓW

Magdalena Mosiężna

MARYLA I DEBORA


Stron 368

Format 145x205

Oprawa miękka ze skrzydełkami

Premiera maj 2020


Dwie młode kobiety. Dwie postawy. Losy, które dramatycznie się splatają.
Wprawdzie obie żyją w jednym mieście - przedwojennej i wojennej Warszawie - ale jakby na innych planetach. Maryla Wetlińska pochodzi z zamożnej rodziny, ma kochającego męża i spodziewa się dziecka. Debora Leman, pozostając w związku z żonatym mężczyzną, wie, że ona i Aleksander nie stworzą prawdziwego domu. Poznają się kilka dni przed wojną, gdy ciężarna Maryla mdleje na ulicy, a pielęgniarka Debora udziela jej pomocy. Jesienią 1942 r. spotkanie jest równie symboliczne: uciekająca z getta Żydówka staje w progu domu Wetlińskich, szukając schronienia po aryjskiej stronie; Maryla musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto ryzykować istnienie swego świata, aby uratować świat zupełnie obcy.
Powieść o męskich i żeńskich wyborach, instynkcie życia i śmierci, wierności i zdradzie, pierwsza część trylogii, ukazującej dzieje kilku warszawskich rodzin w dwudziestoleciu, czasach wojny i PRL.
Od autorki:
Wierność jest podstawą zaufania, a bez zaufania nie ma trwałej więzi, ale trudno stawiać sobie za najważniejszy cel zachowanie wierności, gdy zagrożone jest życie, własne lub bliskich. Już w prologu powieści jedna z bohaterek zdradza męża, by pomóc choremu synowi. Nie można oceniać jej postępowania, nie biorąc pod uwagę nadzwyczajnych okoliczności, w których się znalazła. Tak, moi bohaterowie zdradzają, a ja im na to pozwalam. To wielki przywilej pisarza, móc przekraczać granice, których we własnym życiu nie chciałby naruszyć.

Patroni medialni:


Fragment 1
To małżeństwo było niezłym widowiskiem - ona, wpatrzona w męża niczym w obraz, on - mówiący do żony "kochanie" takim tonem, jakby to słowo stworzono do drwin. A przecież w ustach Kamila brzmiało najpoważniej w świecie. Maryla zaczynała współczuć pani Gregorowiczowej, ale wtedy przyniesiono lemoniadę i świat znów stał się doskonały. Wypiła napój prawie jednym haustem.
- To co teraz? Może lody? - zaproponował Andrzej.
- Lodów nigdy się nie odmawia. Poproszę miętowo-czekoladowe z bitą śmietaną.
Chwilę potem Andrzej i Lena pogrążyli się w dyskusji o twórczości Gombrowicza, natomiast Maryla zajęła się swoimi lodami. Najpierw łowiła w bitej śmietanie kolorowe groszki, które cwaniacko umykały ze szczytu białego stożka, żłobiąc wgłębienia na jego zboczach i lądując gdzieś na dnie pucharu. Gdy w końcu się z nimi uporała, zabrała się do słodkiej mgiełki, trochę już pokiereszowanej, ale w smaku - doskonałej. Ostrożnie dozując, nabierała ją na łyżeczkę, po czym zgarniała koniuszkiem języka ze stalowej powierzchni. Wreszcie dotarła do lodów, czystych, nienaruszonych lodów, pozbawionych już ochrony białej pierzynki. Śmiałym ruchem zatopiła łyżeczkę w pucharku i zaczęła nią poruszać, dopóki wyraźnie uformowane gałki nie roztopiły się w zielono-brązową masę. Brała, ile tylko zmieściło się na łyżeczkę i wkładała do ust. Mimowolnie przymykała przy tym oczy i odchylała do tyłu głowę, starając się zatrzymać czekoladowo-miętową rozkosz na języku jak najdłużej. Gdy ilość deseru w pucharze zmniejszyła się drastycznie, zmieniła strategię. Łyżeczka nie krążyła już tylko między pucharem a ustami, chwilami była odkładana na serwetkę, a potem pieczołowicie podejmowana przez smukłe palce. Ruchy Maryli stały się powolne, niemal ociężałe, mogłoby się zdawać, że przestało jej zależeć na tych lodach, gdyby nie oczy - głodne, mierzące uważnie, ile słodkiego szczęścia zostało jeszcze w pucharku. Dopiero wygrzebując ostatki z dna, uświadomiła sobie, że Gregorowicz cały czas ją obserwował: najpierw leniwie, spod półprzymkniętych powiek, lecz z każdą minutą jego wzrokowe zaangażowanie rosło. Deprymował ją tym dziwnym spojrzeniem, które zdawało się wślizgiwać do wnętrza jej ust. Niemal czuła je pod podniebieniem.
- Czemu pan nie zamówił sobie lodów? Widzę, że ma pan na nie ochotę - zagadnęła, wychodząc z założenia, że najlepszą bronią jest atak.
Aleksander zaśmiał się krótko.
- Myli się pani, panno Marylo. Nie lubię słodkości.
- W menu jest dużo innych rzeczy do wyboru.
- Hmm... jak by to pani wytłumaczyć... - Uśmiechnął się poufale. - Gdybym teraz siedział, dajmy na to, u Lijewskiego, to zapewne miałbym ochotę na jakieś danie serwowane tutaj. Podobnie, będąc w ekskluzywnej restauracji we Włoszech, wprawiałbym obsługę w rozpacz, domagając się pierogów. Jak pani określiłaby takie zboczenie?
- Wybredność, i to wyjątkowo ciężkiego kalibru - orzekła bez namysłu.
Gregorowicz pochylił się ku niej i zniżył głos.
- Powiedzmy, że jestem człowiekiem, który zawsze goni za tym, czego nie może zdobyć - oznajmił z naciskiem, zupełnie niepasującym do tej lekkiej pogawędki. Jego twarz przybrała poważny, stanowczy wyraz, ale zaraz schowała się za maską zwykłego uśmiechu.
- A gdy już pan to zdobędzie, traci całe zainteresowanie - dośpiewała mu Maryla.
Aleksander wzruszył ramionami. Pomyślała, że jest jak bohater teatralnej sztuki, uznanej przez wszystkich za oklepaną i banalną, ale w niektórych fragmentach zaskakującą świeżością i trafnością... Siedział tu niby znużony, niedbały, lecz co chwilę składał i rozkładał ręce, splatał niecierpliwie palce, jak człowiek trawiony gorączką. Śmiało taksował Marylę spojrzeniem, które mogłoby zachwiać jej równowagą, gdyby nie uczucie do Kamila, podparte przekonaniem, że myślami Gregorowicz znajduje się zupełnie gdzie indziej. Stanowił fascynującą, choć także męczącą zagadkę. Był trochę podobny do jej brata - obaj światowi i sprawiający wrażenie, że z niejednego pieca już chleb jedli. Andrzej jednak patrzył na widowisko wystawiane przez los z leniwym rozbawieniem, niczego nie pragnąc i nie oczekując, tymczasem Aleksander pozorował znudzenie, choć jego myśli i serce zaprzątała jakaś tajemna sprawa.
- Nad czym pani się tak zadumała, panno Marylo?
- Nad panem - wypaliła szczerze.
- I do jakich wniosków pani doszła?
- Och, tylko rozbolała mnie głowa. Jest pan nie tylko wybredny, ale też nużący, szczególnie na gorące majowe popołudnie. Idę na kort - zwróciła się do brata, pochłoniętego dyskusją z Leną.
- Aleksandrze, może zagrałbyś z panną Marylą? - zaproponowała Gregorowiczowa, odrywając na chwilę uwagę od wywodu Andrzeja. - Przecież lubisz tenis!
- Nie chcę zamęczać panny Maryli, właśnie uznała mnie za wyjątkowo nużącego towarzysza.
- Marylo, daj mu szansę na korcie - wtrącił się Andrzej. - Zapewniam cię, że podczas gry się rozrusza. Na własne oczy widziałem, jak kiedyś grał z Jędrzejewską.
Maryla natychmiast zapaliła się do gry, ale Gregorowicz wciąż miał obiekcje.
- Leno, nie chcę cię zostawiać.
- Przecież pan Andrzej dotrzyma mi towarzystwa. A ty idź i baw się dobrze!
Aleksander wstał i zdjął marynarkę, natomiast Maryla pomyślała, że ona z pewnością nie zachęcałaby Kamila, by zagrał w tenisa z młodą, ładną kobietą. Czy Lena naprawdę tak ufała mężowi, czy była aż tak zaślepiona? Maryla nie chciała jednak zawdzięczać partnera do gry łasce jego małżonki. Gdy oddalili się nieco od stolika, zwróciła się do towarzysza:
- Proszę nie zmuszać się do tenisa ze mną, jeśli nie ma pan ochoty.
- Ja nie mam ochoty? Przeciwnie, mam wielką ochotę! - zawołał Aleksander z niespodziewaną energią. - Po prostu chciałem, by inicjatywa wyszła od mojej żony. Tak jest bezpieczniej.
Maryla parsknęła śmiechem.
- Złoję pana za te słowa, przysięgam. Zaraz dostanie pan taki wycisk, że popamięta na wieki.
Obiecać Gregorowiczowi solidne lanie to jedno, ale zatriumfować nad nim w rzeczywistości, to już zupełnie inna bajka. Mógł sobie gadać, że zaniedbał tenis, jednak nie zapomniał, jak się trzyma rakietę. Pierwszego seta Maryla przegrała z kretesem. W drugim zebrała się w sobie i dała Aleksandrowi popalić! W trzecim już oboje byli uważni, dokładni, precyzyjni w każdym ruchu i niezwykle opanowani. Gregorowicz wydawał się rozluźniony, ale z jego twarzy znikł wyraz uprzejmego znudzenia, dokładnie rozważał każdy ruch. W końcu Maryla musiała uznać wyższość przeciwnika. Po przegranej ze zmęczenia opadła na kolana, mając przynajmniej tę satysfakcję, że tanio skóry nie sprzedała. Aleksander zbliżył się do niej.
- Wygrał pan - wydyszała z podziwem, bez cienia goryczy. - Gratuluję. Jest pan świetny.
Podał jej rękę i pomógł wstać.
- Myślę, panno Marylo, że oboje jesteśmy godnymi siebie graczami.
Po powrocie z kortu Maryla zasypała brata pytaniami o Gregorowiczów. Ciekawiło ją, w jakich okolicznościach poznał Aleksandra. Okazało się, że nawet tego nie pamięta. Według niego Gregorowicz należał do kategorii ludzi, których znają wszyscy.
- Zdumiewające, ale on wciąż jest popularny, mimo że ostatnio tak mało udziela się towarzysko. Kiedyś owszem, był złotym młodzieńcem, a potem dziennikarzem skandalistą. Teraz jest już tylko nonszalanckim przystojniakiem, ale jak widać, nie wyszedł z mody. A ty, jakim go znajdujesz? Naprawdę powiedziałaś mu, że jest nużący?
- Tak, lecz to nie do końca prawda - przyznała Maryla. - Owszem, wydaje się przerysowany, ale? ale mam dziwne wrażenie, że nie jest takim sobie zwykłym pozerem. Tylko kim w takim razie? Nie jest artystą, nie robi pieniędzy, niczego nie buduje i nie odkrywa, z władzą mu nie po drodze, jak sam wspominałeś... To co się dla niego liczy?
- Miłość, moja droga...
- Miłość! Jeśli to, co on czuje do żony, według ciebie jest miłością, to...
Andrzej roześmiał się szczerze.
- Pfe, co za małomiasteczkowa moralność! Wstyd mi za ciebie, Marylo. Kochać się w żonie, a to dopiero! Jak możesz oskarżać Gregorowicza o takie zacofanie?
- Więc ma kochankę?
- Mówią, że jedną i tę samą od wielu lat.
- Kto to jest? - Zrobiła w myślach błyskawiczny przegląd znanych i pięknych dam, ale usłyszała znacznie większą rewelację.
- Podobno jakaś uboga Żydówka.
Usta Maryli mimowolnie ułożyły się w dużą literę O.
- Jeśli zna ją tak długo, to czemu się z nią nie ożenił?
- A czy życie nie jest właśnie po to, by je sobie jak najbardziej komplikować?
Nie, Maryla nie mogła się zgodzić z takim stwierdzeniem. Wolała jasne sytuacje, zgubiłaby się w gąszczu pogmatwanych uczuć. Całe szczęście, że z nią i Kamilem wszystko było tak proste i oczywiste! Niemniej jednak romans Gregorowicza zaciekawił ją i uruchomił wyobraźnię. Kim była i co takiego miała w sobie kobieta, która niepodzielne władała jego sercem?

Fragment 2
Ten rok był dla Aleksandra czasem zmagań - z nauką i niespodziewanym uczuciem. O ile z tą pierwszą uporał się gładko i bez problemów zdał maturę, drugie przyprawiało go niemal o chorobę. I co z tego, że umawiał się z maturzystkami, zabierał je na tańce, odprowadzał do domu, całował na progu do utraty tchu, skoro cały czas miał przed oczami Deborę. Każdy przyjacielski uścisk jej ręki celebrował bardziej niż pieszczoty z innymi. Musiał coś z tym zrobić. Postanowił zaprosić Deborę na bal, który organizowano po maturach. Dziewczyna wzbraniała się, wymawiała się brakiem sukienki, ale ciocia Przytycka, która miała pewne plany co do bratanicy, sprawiła jej odpowiednią toaletę. Aleksander zaś myślał, że będzie mógł porównać Deborę z pannami ze swojej towarzyskiej sfery i albo się wreszcie wyleczy, albo... Na razie chorował coraz mocniej, bo jego dama poprosiła o lekcje tańca, a od samej jej bliskości kręciło mu się w głowie.
W dniu balu wziął od ojca auto i podjechał pod dom Przytyckich. Tam ujrzał Deborę w zwiewnej białej sukience i z czarnymi włosami upiętymi w węzeł, i po prostu oniemiał - tak piękną jeszcze jej nie widział. Dziewczyna również była oczarowana jego wyglądem, można rzec nawet - onieśmielona. Milczeli oboje; pani Przytycka za to gadała za dwoje, życząc im dobrej zabawy, zalecając wręcz, by nie śpieszyli się z powrotem, a najlepiej wrócili rano, bo dozorca jest nieużyty i nie lubi wpuszczać po nocach.
- Nie boisz się, że moje towarzystwo skompromituje cię w oczach przyjaciół? - zapytała Debora, gdy wsiedli do auta.
- Oni nie są godni czyścić twoich butów - odpowiedział stanowczo Aleksander, patrząc jednak nie na nią, lecz przed siebie.
Debora po prostu musiała odnieść zwycięstwo. I co z tego, że nie miała sukienki z Paryża, a jej fryzura przy krótkich włosach dziewcząt prezentowała się niemodnie. Nieważne, że one ukończyły gimnazjum, a ona nawet nie przestąpiła jego progów. Aleksander uważał ją za doskonałą i tylko to się liczyło. Umiała się znaleźć w towarzystwie, prowadzić rozmowę, znosić uśmieszki, szepty i aluzje. Co do niego, to nie przeprowadził planowanej analizy porównawczej, bo poza swoją towarzyszką nie dostrzegał żadnej kobiety, przez większość tańców nie wypuszczał jej z objęć. A kiedy Alinka Sokołowska, jego dawne lekarstwo na zapomnienie, zaczęła rozprawiać przy Deborze o bojkocie żydowskiego handlu, Aleksander wziął przyjaciółkę za rękę i wyprowadził z sali.
- I to ma być przyszła elita naszego kraju! - sarknął. - Wielkie dzięki! Deboro, bardzo mi przykro, że musiałaś tego wysłuchać, naprawdę...
- Słyszałam i widziałam już gorsze rzeczy - powiedziała spokojnie Debora. - Ale nie mam ochoty tam wracać.
- To jedziemy na przejażdżkę!
Zgodziła się z ochotą.
Przejechali Dolny Mokotów, minęli wiele budynków, wyrastających tu jak grzyby po deszczu, zostawili za sobą baraki, jakieś pola, aż w końcu znaleźli się w miejscu, gdzie byli już tylko oni i gwiazdy. Cały świat zamilkł, czekając na jego wyznanie nie w słowa ubrane, którego już w żaden sposób nie zdołałby zatrzymać. A gdy ona odpowiedziała na nie w tak samo bezsłownym języku, z jednakową pewnością i mocą, nikt i nic nie mogło ich ocalić przed nimi samymi. Debora wprawiła Aleksandra w zdumienie, ściągając pośpiesznie sukienkę i składając ją pieczołowicie, żeby nie dostać od cioci bury za jej zniszczenie. Halka także okazała się zbyt cenna, by ją narażać, powędrowała więc za suknią i oczom oniemiałego Aleksandra ukazała się Debora - uwolniona z fatałaszków, taka, jakiej najbardziej pragnął.
Już po wszystkim spoglądał z niewygasłym zachwytem i zdumieniem na Deborę, spokojnie naciągającą rękawiczki, wygładzająca halkę, i mimo woli zastanawiał się, jak może być taka opanowana, taka sama jak zawsze.. Czy ona nie miała poczucia jakiejś moralnej katastrofy, niepowetowanej straty? Zawsze wydawała mu się tak surowa pod tym względem. A oto zakładała starannie na głowę kapelusz i uśmiechała się do niego, nie wyglądając na choć trochę przejętą.
Jednak kilka tygodni później, leżąc w jego objęciach, spytała:
- Czy uważasz, że jest w tym coś złego?
- A co ty czujesz? - odpowiedział pytaniem.
- Czuję, że to jest dobre - odparła stanowczo. Ta wewnętrzna siła, kierująca jej życiem, okazała się dla niej ważniejsza niż dziesięć przykazań.
W miłości, jak we wszystkim innym, Debora była poważna, surowa i praktyczna. Oznajmiła Aleksandrowi, że może całować ją wszędzie, tylko nie w szyję, bo wtedy łatwo o ślady. Nigdy nie zrzucała z siebie ubrań gwałtownie, lecz składała je równiutko, jakby i w takiej chwili to one najbardziej się liczyły. Jej powściągliwość nieraz doprowadzała Gregorowicza do granic wytrzymałości. Nie szafowała miłosnymi zaklęciami, czasami jednak, natrafiając w wędrówce ust po jego ciele na miejsca z pozoru nieoczywiste, umocniona w prawach posiadaczki, szeptała: "Lubię to zagłębienie przy obojczyku. I twoje nadgarstki. Masz piękny nos, wiesz?"
Dwoje małolatów biegających po Starym Mieście mogło umknąć uwadze sąsiedztwa, ale młody, dobrze ubrany mężczyzna i młoda, ubogo wyglądająca kobieta, widywani razem, zawsze zwracali na siebie uwagę. Plotki o żydowskim romansie Aleksandra szybko dotarły na Brzozową, do Gregorowicza seniora. To był prawdziwy cios dla profesora! On, który pragnął dla syna kobiety nieprzeciętnej pod każdym względem, miałby znieść jego związek z jakąś pospolitą dziewczyną? Żydówką w dodatku?! Gregorowicz nie był antysemitą, miał nawet przyjaciół wśród zasymilowanych Żydów, ale tu przecież chodziło o najbliższą rodzinę! Coś musiał zrobić. Dobrze wiedział, że jeśli spróbuje zakazać synowi tej miłości, to tylko silniej zwiąże go z dziewczyną. Postanowił działać inaczej. Najpierw jednak należało upewnić się, czy plotki są prawdziwe. Zapytał syna wprost, a ten, patrząc ojcu w oczy, wszystko potwierdził. Oznajmił, że kocha Deborę i zamierza ją poślubić, gdy tylko skończy dwadzieścia jeden lat. Spodziewał się tęgiej awantury po tym wyznaniu, tymczasem słowa, które usłyszał, wprawiły go w osłupienie: ojciec zaproponował mu dokończenie studiów inżynierskich w Zurychu.
- Ależ tatku! - wykrzyknął zdumiony. - To będzie kosztować majątek!
- Nigdy nie oszczędzałem na jedynym synu i nie zamierzam tego robić. Uważam za niezwykle istotne, żebyś poznawał nowe miejsca i ludzi.
Aleksander był w kropce. Studia w Zurychu otwierały mu drzwi do świata, którego pragnął. Polski nigdy nie uważał za sensowne miejsce do życia. Ale wyjazd za granicę teraz oznaczał rozstanie z Deborą.
- Posłuchaj mnie, synu - odezwał się Gregorowicz senior. - Ja ożeniłem się dopiero, gdy zrobiłem doktorat. Moje narzeczeństwo trwało przez kilka lat. Czy nie sądzisz, że przed oświadczynami powinieneś najpierw skończyć studia, urządzić się w życiu? Kiedy to zrobisz, na pewno nie będę wybierał ci żony, przysięgam. Proszę, przemyśl to.
Aleksander chciał podróży i chciał Debory. Nie zamierzał rezygnować z niczego ani odkładać swego szczęścia na później. Następnego dnia pobiegł do Ogrodu Saskiego, gdzie na jednej z ławek czekała już na niego dziewczyna. Od razu powiedział jej, jaką propozycję dostał od ojca, i zakończył słowami:
- Pojedziesz ze mną. Nie od razu, najpierw ja się tam urządzę, a potem przyślę ci bilet i dołączysz do mnie. Wyobrażasz to sobie? My, razem, nad Jeziorem Zuryskim? - mówił z radością,, chcąc zarazić ją entuzjazmem, ale oblicze Debory pozostało nieodgadnione.
- Naprawdę byłbyś w stanie to wszystko zostawić? - zapytała po chwili cicho. - Ojca, dom, kraj?
- Może kiedyś tu wrócę - mruknął Aleksander. - Ale wcale mi na tym nie zależy. Co to za kraj, który zawsze będzie daremnie gonił za cywilizowanym światem. Nie wierzę w sanację, jak mój ojciec. Wierzę tylko w nas. Niczego mi tu nie żal zostawić.
- A mnie owszem, byłoby żal. Rodziców, rodzeństwa, ciotki, sutereny, tej nędznej sutereny, jedynego kąta, który mogę nazwać moim, też - wyliczała. - Miasta, w którym się urodziłam i spędziłam całe życie. Jak można to rzucić ot tak? Jak można nawet o tym pomyśleć?
Aleksandra poraziła stanowczość jej opinii. Poczuł głębokie zdumienie, zaprawione rodzącym się gniewem.
- Powiedz mi, co ciebie tutaj trzyma? Rodzina? A cóż jej zawdzięczasz prócz tego, że żyjesz? Albo temu miastu, które nie ma dla ciebie odpowiedniego kąta, nigdy nie dało żadnej pomocy? A może jesteś coś winna temu państwu? - Zerwał się z ławki. - Tutaj nawet gdybyś została żoną prezydenta, to i tak by wrzeszczeli, że jesteś brudną Żydówką. W tym kraju każdy wlecze za sobą balast jakiejś przeszłości, wiecznie pokutuje za niepopełnione winy. Ja natomiast chcę myśleć o przyszłości i tylko o niej.
- Nie będzie żadnej przyszłości, jeśli wyrwiesz własne korzenie.
- Więc chcesz tu zostać w imię taniego sentymentalizmu? Niczego już nie rozumiem!

MARYLA I DEBORA | JanKa

PRZYŚLIJ TEKST
NOWOŚCI