JanKa. Wydawnictwo i...
kontakt wydawnictwo redaktornia poradnia dtp przyślij tekst
 
 
 
sprzedaż
nowości






- wkrótce -


Katarzyny i ich tajemnice

Janina Koźbiel


Umberto Eco dowiódł „Imieniem róży”, że kryminał nie kłóci się z przesłaniem filozoficznym, a to, co popularne, nie musi być infantylne i głupie. Inna rzecz, że pozostałe jego powieści nie powtórzyły sukcesu pierwszej, choć oparte były na podobnym pomyśle. Bo znać przepis to jeszcze nie wszystko, nawet w kuchni. W literaturze tym bardziej. Trzeba jeszcze trafić w taki ton, który czytelnicze oko i ucho rozpozna jako najwłaściwszy dla podjętego tematu.
Katarzyna Targosz przyznaje (patrz: wywiad), że jako dziecko, mając dziadka śpiewaka, wychowywała się na operetce. Z lubością wkraczała w świat przerysowanych emocji, spektakularnych gestów, jaskrawych dekoracji. Czy taki ton i taki świat może być formą, która jest zdolna pomieścić i wyrazić dylematy współczesnej duszy kobiecej? Czytelnicy osądzą, to jasne, a pierwsze ich reakcje są bardzo obiecujące.
Autorka „Wiosny po wiedeńsku” ma więcej tajemniczych atutów i zręcznie je wykorzystuje m.in. wrodzony optymizm, który staje się najpewniejszym źródłem ożywczego humoru. Ta, najważniejsza chyba właściwość talentu Katarzyny Targosz sprawia, że żadna z postaci jej powieści - na pierwszy rzut oka jaskrawych i nieprawdopodobnych, bo właśnie operetkowych - pod jej piórem nie staje się karykaturą. Dane po temu mają na pozór wszyscy, począwszy od dwojga głównych bohaterów.
Ona (Katarina) uwielbia ryzyko, szybciej działa, niż myśli, on (Martin) jest niezwykle odpowiedzialny, a działania skrupulatnie planuje. Jest przy tym uosobieniem powagi, z którą ona ciągle się zderza, bo ma niezwykły talent do prowokowania. I nie z żadnego babskiego wyrachowania to robi, skąd. Intryga w powieści jest tak skonstruowana, że właśnie ona, była dziewczyna policjanta - wskutek wyjątkowo perfidnego zbiegu okoliczności, a poniekąd wbrew zasadom dobrego kryminału - staje się w jednej osobie ofiarą i... główną podejrzaną, którą on musi ścigać. W dodatku Katarina to stuprocentowe chyba wcielenie kobiecej zmienności. Posmakowała wielkiego sukcesu jako projektantka, ale straciła nagle wenę. Jak nakazują współczesne trendy, ma wyobrażenie siebie bystrej i kreatywnej, a panicznie boi się być „tępą owcą”, którą we własnych oczach okazuje się jednak raz po raz. Marzy o idealnej miłości, ale nie gardzi przygodnym seksem, jeśli tylko jest odpowiednio kunsztownie oprawiony. Ach te spacery, świece i wyrafinowane gażety w prezencie, ach, to przez niego - tego drugiego - JEJ najskrytszych marzeń odgadywanie...
Toż to standardy współczesnej kobiecej literatury, powie ktoś, obecne w niej od czasów Austen i wręcz zbanalizowane. Tak, odpowiem, tyle, że pod piórem Katarzyny Targosz zyskują one wiarygodność niezależnie od swej banalności - jak przymierzanie kolejnych kostiumów w sklepie z ubraniami, wybieranie szminek, butów czy lakierów. Można je odrzucać, wyszydzać, ale wiadomo, że w wydaniu osiemdziesięciu procent kobiet stają się przeważnie próbą, wysiłkiem, poszukiwaniem, a jednocześnie maskaradą, która ma osłonić bezbronną istotę zaplątaną w labiryncie wymyślonych przez cywilizację recept na spełnienie. A walki o to spełnienie domaga się od kobiety coraz natarczywiej współczesny świat. I oferuje jej i wymyślne, i standardowe recepty.
Czy Targosz jako autorka ma do nich wyraźny i jednoznaczny stosunek? Gdyby sądzić na podstawie portretów przyjaciół Katariny i jej samej, trzeba by dojść do wniosku, że tak. Zaiste jest w czym wybierać, rozmaitość i barwność postaci jest nieprzypadkowa, a ich odległość od ideału - zmienna. Zaburzona psycholożka Yvonne zamiast pilnie przyswajane teorie zastosować do siebie, gratis i z przejęciem diagnozuje wszystkich dookoła. Malarz w depresji Wujo całymi godzinami nie opuszcza zabałaganionego pokoju, ale swoim gumowym uchem wyłapuje sprawnie wszystkie odgłosy Wiednia z przyległościami, odsłaniając pragnienie kontaktu. Żurnalowa laska Karol za punkt honoru przyjmuje oczarowanie każdego spotkanego mężczyzny, czasem pod pretekstem misji specjalnej. A najbarwniejszy/a z nich, Wiktor-Wiktoria, podkreśla swoją zmienioną płeć nie tylko wyrazistym strojem i stanowi najmodniejsze z modnych wcieleń współczesnego spełnienia. Na dobrą sprawę każdą z tych postaci można by uznać za owoc owych wymyślnych recept na szczęście, lansowanych często dla zysku, a przyjmowanych przez naiwnych z dobrą wiarą.
W wersji stworzonej przez Targosz nigdy nie są to papierowe modele, każda postać to odrębny ludzki świat - marzy, tęskni, miota się między naśladowaniem, którego jest świadoma, a autentycznością, której trochę się wstydzi. A rozgryźć ją niezmierne trudno, diagnoza zawsze jest tylko przybliżeniem, zawsze pozostaje odrobina tajemnicy. Bo też każda z postaci raz zachowuje się jak żałosna marionetka, podrygująca na nitce mód, raz jak cierpiący człowiek, który nie ma prawa przyznać się do łez. Wie jedno: śmiech jest dziś bardziej seksi niż płacz, więc radośnie i zaraźliwie się śmieje. Chandra czy depresja to przecież tylko terminy medyczne. Ich opowiednikami w życiu mogą być co najwyżej lody tiramisu, modna szykowna kiecka; ostatecznie nowy kochanek. Najlepiej bogaty i w ekscentrycznym kapeluszu. Tak, ekscentryzm dziś najskuteczniej odwraca uwagę od łez.

Janina Koźbiel


Powrót Recenzje Główna

książki
autorzy
wywiady
recenzje
linki
galeria