JanKa. Wydawnictwo i...
WYDAWNICTWO REDAKTORNIA PORADNIA DTP SPRZEDAŻ KONTAKT
 
 
 
KSIĄŻKI
AUTORZY
WYWIADY
RECENZJE
GALERIA
LINKI
WYWIADZAMÓW

Urszula Stokłosa

CICHOBOREK


Jestem częścią Cichoborka
rozmawia Janina Koźbiel

Cichoborku czy Cichoborka - jak Pani sądzi, którą formę mieszkańcy by wybrali? Bo - pytanie podskórne - czy Cichoborek istnieje?
Nie wiem, którą formę wybraliby mieszkańcy. Wybrałam za nich, mieszkańców Cichoborka. I w ten sposób mamy odpowiedź na drugie pytanie: nie, nie ma na mapie Polski miejscowości o nazwie Cichoborek. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Ale - paradoksalnie - takich Cichoborków jest w Polsce, Europie, na świecie dużo. Mógłby być miejscem, w którym się urodziłam albo wsią mojej babci. Widziałam Cichoborek nad polskim morzem, w ukraińskiej podkarpackiej wiosce, w rumuńskich pipidówkach. Mógłby być nawet osadą w borneańskiej dżungli. Takie miejsca mnie fascynują.
Urodziła się Pani w Żywcu. Jak Pani to miasteczko wspomina? Co najmocniej pamięta?
Wiem, że w porównaniu ze światowymi metropoliami czy chociażby z Warszawą, Żywiec to miasteczko, ale oficjalnie to już miasto. Z około trzydziestoma tysiącami mieszkańców i ponad siedemsetletnią historią. Ja tam nadal bardzo często bywam. Trochę się zmieniło, od czasu, kiedy byłam dzieckiem, nastolatką. Bardzo dużo - na lepsze. Ale specyficzny klimat małego miasta - taki, jaki zapamiętałam - pozostał. Chociaż ja się wychowałam na obrzeżach, w mieście bywałam rzadko. Dzieciństwo wspominam dobrze. Wakacje na świeżym powietrzu, domek na drzewie... te sprawy. A świat dorosłych? Przedstawiał mi się jako taki czas od narodzin do pogrzebu, który trzeba wykorzystać na sakramenty (pierwszej komunii, ślubu, chrzcin...), na znalezienie dobrej pracy, założenie rodziny, wybudowanie domu. Już wtedy taki świat wydawał mi się zbyt zamknięty. Postanowiłam, że chcę żyć trochę inaczej. Albo że chce mieć po prostu wybór.
Jaką funkcję przyznaje Pani wyobraźni? Ile jej jest w „Cichoborku”?
Bez wyobraźni ani rusz. Pełni ważną rolę, nie tylko w pisaniu powieści. Zaraz po niej wymieniłabym życiowe doświadczenia (przeżyte przygody, zasłyszane rozmowy, absurdalne sytuacje, nawet zwykłą - niekoniecznie szarą - codzienność). Przecież pisanie nie bierze się z niczego. Nawet sny wiążą się z naszym życiowym doświadczeniem. Tak też jest z „Cichoborkiem”: to efekt wyobraźni, której początek dały życiowe doświadczenia. Ale doświadczenia, ludzie, którzy mnie zainspirowali, to tylko jakaś - większa lub mniejsza - cząstka. Reszta to właśnie wyobraźnia, która na tych inspiracjach się rozwija.
Czy, Pani zdaniem, pisarz ma jakieś obowiązki - wobec języka, wobec środowiska, z którego się wywodzi, wobec ludzi, których życiem się inspiruje?
Trudne pytanie. Jak zaczynałam pisać, to nie brałam na siebie żadnych obowiązków. Po prostu pęczniały mi historie w głowie, więc pomyślałam, że je zapiszę. Miałam akurat dużo czasu, na trzecim roku studiów nie było już tyle nauki. I tak przez kilka lat po trochu sobie dopisywałam. Nawet nie myślałam o wydaniu książki. Ba! Nie myślałam o czytelnikach - i to widać w redaktorskich komentarzach typu: „Czytelnik się domyśli”, „Puentę zostawmy czytelnikowi”. Dopiero czytając je, pomyślałam sobie: Przecież jest jeszcze ktoś taki jak czytelnik! Zapisałam więc sobie wielkimi literami: MYŚLEĆ O CZYTELNIKU! Jak do tej pory myślałam wyłącznie o... bohaterach. Właściwie to oni zmusili mnie, żebym ich historie dociągnęła do jakiejś puenty, do finału. Kiedy już myślałam sobie: „dobra, dalej nie piszę”, to właśnie oni byli moją największą motywacją. Nie siostra (moja oddana, pierwsza recenzentka), tylko właśnie bohaterowie. Widziałam nawet, jak machają do mnie z zapisanych stronic. Mania krzyczy: „Nie zostawiaj mnie!”, a ksiądz proboszcz: „Co teraz ze mną będzie?”. Nie daliby mi spokoju. Może to absurdalne, ale potrafię sobie wyobrazić, że nie jestem wyjątkiem.
Były jakieś etapy pisania „Cichoborka”?
Przełomem była autostopowa podróż po Bałkanach. Pełna przygód, ale też irytujących sytuacji. Po tej podróży pomyślałam sobie: a może bym napisała książkę? I tak to się zaczęło. To był rok 2012.
Ma Pani jakieś autorytety literackie, które pomagają utrzymać kurs?
Lubię południowoamerykańskich autorów - Gabriela Garcię Marqueza, Isabel Allende, a z polskich: Joannę Bator i Jakuba Małeckiego - pewnie dlatego, że tak pięknie swoje książki opowiadają. Z tego też względu bardzo spodobała mi się „Winda” Magdaleny Knedler i „Cień jabłoni” Wojciecha Szlęzaka. Podobnie jak „Jasne dni” Zsuzsy Bank czy „Gdybym ci kiedyś powiedziała” Judy Budnitz. Ale nie starałam się na nikim wzorować. Jeśli mimo wszystko jakieś podobieństwa do innych autorek i autorów można odnaleźć, jest to niezamierzone.
Jak to się dzieje, że są w Cichoborku tacy, „którzy nie mieszczą się w ramach stworzonych przez despotycznego proboszcza oraz obłudną sklepową”? Ma Pani jakąś diagnozę?
Buntownicy? A może powiedzieć o nich „buntownicy” to za wiele? To ludzie, którzy postanowili nie płynąć z prądem albo nie mieli wyboru - już się tacy „inni” urodzili. To taka mniejszość społeczna, która istnieje nie tylko na prowincjach, jak, powiedzmy, ekolodzy (ciągle jeszcze), wegetarianie, rowerzyści (śmiech). Jak ludzie lubiący ambitną literaturę, alternatywną muzykę. Nie wiem, czy to trafne porównania. Chodzi mi po prostu o to, że to ci, którzy są mniejszością. Takie mniejszości zawsze były, są i będą. W każdym społeczeństwie.
Siebie Pani też zalicza do takiej mniejszości?
Do ekologów, wegetarian i rowerzystów? Tak, do tych grup się podpinam. A czy do mniejszości ogólnie? I tak, i nie. Raczej z nurtem nie płynę (i chyba jestem z tych, co się już „inni” urodzili). Nie, bo jednak w takim Cichoborku spędziłam sporą część życia, taki Cichoborek mnie wychował, trochę nim nasiąkłam, coś tam we mnie ukształtował, na przykład specyficzne poczucie humoru, charakterystyczną góralską prześmiewczość. Jestem jego częścią i w dużej mierze go rozumiem. Chyba więc stoję tuż obok. A mój mąż idzie trochę dalej. „Unikat” - mówi o mnie, i to całkiem poważnie mówi (śmiech).
Jak by Pani scharakteryzowała opowiadacza historii cichoborskich? Jest jednym z... czy opuścił już tę społeczność i patrzy na mieszkańców z lekką drwiną, kibicując tym, którzy przełamują tradycję?
W liceum napisałam taki literacki reportaż - „Herbatka pani Gieni”. O staruszkach odwiedzających moją babcię. Siedziałam na taboreciku - w kuchni, przy piecu - i zapisywałam ich rozmowy. Niby byłam tam z nimi, a jednak goście szybko zapominali o mojej obecności. Bo byłam jedną z nich, a jednak poza - ta, co siedzi i coś pisze albo czyta książkę (czyli - dla babci i jej sąsiadów - ktoś, kto się uczy, a „na co się to dziewcenciu ucyć?”). Cichoborski opowiadacz to właśnie taki ktoś, kto siedzi na taboreciku przy piecu. Taki ktoś pośrodku. Z jednej strony jest jednym z..., z drugiej - stoi obok (ale nie ponad!). To ktoś właśnie z mniejszości, kto jednak już „za młodu nasiąkł”. Zna ten klimat, rozumie mieszkańców, mógłby być jednym z nich. Obserwuje ich z dystansem, czasami z ironią, czy - jak to Pani określiła - z lekką drwiną, ale też z pewną sympatią, dobrodusznością, ze zrozumieniem (zwłaszcza tych, którzy się wyłamują, lecz nie tylko). Jak nikt inny potrafi więc o nich opowiadać.
Nie ma w cichoborskiej społeczności nikogo, kogo ów opowiadacz nie znosi i chciałby poza społeczność wyrzucić?
Trzeba by spytać opowiadacza (śmiech). Jakie to w ogóle intrygujące zjawisko w literaturze - ten narrator! Ja wiem, że to tak trochę wygląda jak - bo ja wiem? - w podaniu ludowym, baśni, bajce magicznej - że czytelnik od razu wie, kto tu jest zły i że tego złego spotka kara. Ale czy opowiadacz ich piętnuje? Nie. Nie wydaje mi się. Wytyka palcem? Może i tak, ale nie sądzę, że chciałby ich poza społeczność wyrzucić. Bo oni są potrzebni, nadają temu światkowi specyficzny charakter; mogą tę społeczność ciemiężyć, ale też pełnią inną, bardzo ważną funkcję - dla niektórych bywają kołem napędowym do zmian. Dlatego nawet dla księdza proboszcza i sprzedawczyni Jadzi - postaci przecież wyraźnie ustawionych po tej ciemnej stronie - opowiadacz znajdzie zrozumienie. Może jest trochę jak taki miłosierny Bóg z obrazkowej Biblii dla najmłodszych - bywa surowy, sprawiedliwie wynagradza i sprawiedliwie karze, lecz na koniec (i pewnie „za kulisami”) każdego pogłaszcze po głowie.
Choć może niektórzy czytelnicy inaczej będą tego opowiadacza postrzegali. A może sami będą chcieli kogoś poza cichoborską społeczność wyrzucić?
Jak się kształtują cichoborskie kanony piękna? Kto, co ma na nie wpływ?
Ciekawe, że zadała Pani to pytanie! Bo właśnie te kanony piękna były jednym z motywów, dla których zaczęłam pracę nad „Cichoborkiem”. Moja „bałkańska irytacja” typem macho o bardzo jasno ustalonym kanonie piękna (uniwersalnym? masowym?) była taką iskierką. W Cichoborku ustalają je ci, którzy płyną z nurtem. Kanony piękna są dla nich z góry wyznaczone (prawdopodobnie tak jak dla bałkańskich macho) - przez naturę, może przez Boga, przez środki masowego przekazu.
A Pani własne kanony?
Mówimy o kanonach piękna ludzkiego ciała, prawda? To nie mam takich. Jakkolwiek naiwnie to brzmi, uważam, że dopiero dobry charakter nadaje człowiekowi całe piękno.
A gdybyśmy nie mówili tylko o kanonach ciała?
Tylko ogólnie o kanonach piękna? To powiedziałabym: natura. Jest prawie doskonała. Czy pyta Pani o to, co uważam za dobry charakter? Wtedy wymieniałbym: pomocność, uczciwość, tolerancja. Takie cechy dobrego chrześcijanina. Ale nie świętoszka!
Pisarze mieszkający za granicą mówią często o swojej niechęci do polskiej mentalności jako przyczynie wyjazdu? Czy jest coś takiego w polskiej mentalności, co sprawiło, że Pani wyjechała?
Nie. Ja jestem sercową emigrantką. I (da Bóg) zamierzam do Polski wrócić. Razem z mężem-Niemcem, który nic przeciwko polskiej mentalności nie ma. Nawet często powtarza, że Polacy i Niemcy wcale tak bardzo się od siebie nie różnią (zwłaszcza jeśli porównuje mieszkańców bawarskich prowincji i polskich górali). Pod wieloma względami mogę się z tym zgodzić. Ale chyba wiem, o co chodzi tym wspomnianym przez Panią pisarzom, którzy uciekają z kraju między innymi ze względu na polską mentalność. Mnie też niektóre sprawy drażnią - choć może „drażnią” to zbyt łagodne określenie. Na przykład to, że Kościół ciągle jeszcze ma tyle do powiedzenia w polityce, że w wielu Cichoborkach bywa niemalże wyrocznią. Albo to, że jeśli chodzi o prawa homoseksualistów, to na mapie świata nadal jesteśmy białą plamą (która jest zresztą dość duża). Że o ekologii nadal jest zbyt cicho. Parę jeszcze spraw mogłabym wymienić. Ale, z drugiej strony, ta nasza mentalność (zwłaszcza prowincjonalna) bywa dla mnie pasjonująca - potrafi śmieszyć (nic nie rozbawia mnie tak, jak wspólne żarty na ten temat z moim rodzeństwem i rodzicami), zaskakiwać... rozczulać. Mam takie ambiwalentne uczucia.
Co łączy mieszkańców bawarskich prowincji i polskich górali?
Przede wszystkim - katolickość. Te wszystkie tradycje, zwyczaje, obrzędowość. Również styl życia - praca, zabawa, głębokie interesowanie się życiem sąsiadów (śmiech). No i jedzenie - pożywne, tłuste, mięsne, z ważną rolą ziemniaków.
A nie myśli Pani o tym, co powiedzą mieszkańcy Żywca, jak poczytają o Cichoborku? Czy zobaczą siebie w portrecie tej zbiorowości?
Bardzo się ucieszę, jeśli zobaczą siebie. Jeśli w ogóle czytelnicy będą się z różnymi postaciami książki identyfikować. Nie tylko żywczanie. Bo, tak jak mówiłam, cichoborkowianie to nie tylko żywczanie i mieszkańcy żywieckich wsi, a Cichoborek to nie tylko Żywiecczyzna.
Jak to się stało, że Pani z Żywca wyjechała?
Najpierw wyjechałam na studia, do Wrocławia. Unterhaching jest moim kolejnym przystankiem. To miasto partnerskie Żywca. W ramach przyjaźni miast odbywałam studencką praktykę w tej podmonachijskiej gminie. To była praca ogródkowa! Wraz z innymi studentkami i studentami z Żywca zajmowaliśmy się zielenią przy stadionie należącym do gminy. Przycinaliśmy żywopłoty, wyrywaliśmy chwasty, łataliśmy dziury na boisku. Takie przyjemne, bezstresowe zajęcie, przy którym można myśleć o wszystkim, a potem może jest się zmęczonym, ale też ma się wzmożoną ochotę na jakiś umysłowy wysiłek. Taką mniej więcej pracę wykonuję teraz.
W Unterhaching właśnie, podczas wakacyjnych praktyk, poznałam swojego obecnego męża. Postanowiłam tutaj zostać, przynajmniej na jakiś czas.
Dziękuję za rozmowę. I za „Cichoborek”.
Ja również dziękuję. Za rozmowę i za to, że Państwo w „Cichoborek” uwierzyli.

CICHOBOREK | wywiady | JanKa

PRZYŚLIJ TEKST
NOWOŚCI