JanKa. Wydawnictwo i...
WYDAWNICTWO REDAKTORNIA PORADNIA DTP SPRZEDAŻ KONTAKT
 
 
 
KSIĄŻKI
AUTORZY
WYWIADY
RECENZJE
GALERIA
LINKI
- zobacz -

Andrzej Turczyński

KUGLARNIA


Osią „Kuglarni” jest znany motyw theatrum mundi z rozpoznanym przez antropologów przekonaniem, że u narodzin widowiska organizowanego przez człowieka leżała zawsze wiara w odbudowywaną w ten sposób harmonię świata, zaślubiny tego, co w swojej banalności codzienne i dostępne każdemu, z tym, co święte, wspólnotowe. Ale też spektakl, który ma być odegrany w święto Bożego Narodzenia i który stanowi centralne wydarzenie opowieści, to „Pastorałka”. Miejscem zaś, w którym ów magiczny akt artystycznej kosmogonii ma się dokonać, jest symboliczne miasteczko En, gdzie nie tylko „pamiętać to chodzić wspak”, ale gdzie też „nigdy nic do siebie nie pasowało: krajobraz do miasta, miasto do kamienic i ulic, kościoły do wiernych, mieszkania do ludzi, nawet oni do samych siebie przestali pasować”, a chodzi o to, aby - jak marzy stary księgarz Adso - wszystko łączyło się ze sobą i wzajemnie uzupełniało. Aby też on sam - człowiek, który stanowi mikrokosmos - nie był, jak się czuje - „kawałkiem rozpadającego się świata, z którym nie wiadomo, co zrobić”.
Jak trudno wyrokować, czy tak ambitny akt w miasteczku En się powiedzie, tak trudno sklasyfikować samo dzieło Turczyńskiego. Jest tyleż powieścią, co wyrafinowanym esejem. Poruszając się na granicy gatunków, autor tworzy barwny fresk obyczajów, mód i nawyków, zadziwiając erudycją i znajomością realiów czasu, o którym pisze. Obok postaci historycznych (Goethego, Moliera, Mozarta, Musorgskiego, Bułhakowa, Baki, Arystotelesa i in.) przewiną się postacie z ich dzieł, jak choćby pewna Gocha, nie wiadomo do końca, czy z dzieła Goethego czy Bułhakowa, czy też może z wyobraźni starego garderobianego wysnuta.
Wiesław Setlak:
Porządkowanie świata przez pisarza znajduje wyraz w kreowaniu mitycznego miasteczka En, o którym nie można powiedzieć, że jest wszędzie, ale i też, że nie ma go nigdzie. To „miasteczko”, wcześniej będące „metropolią”, a dzisiaj zredukowane przez przemiany legitymizowane opacznie rozumianą ideą postępu, istnieje w enklawie, do której dostęp nikomu nie jest wzbraniany, a mimo to niewielu dziś chce się przyłączyć do „enskiej” wspólnoty, przedkładając egzystencję nijaką i niepełną w świecie przemienionym w targowisko nad egzystencję autentyczną w miasteczku En.


(...)
Gość właśnie stanął w drzwiach, ociekając deszczem. Przedsionek oświetla chwiejny płomień taniej świecy, rozproszony blask odbiera przybyszowi realność, czyniąc zeń wodne widziadło. Ale przybysz już przekracza wysoki próg wzmocniony żelazną taśmą, oddaje kapelusz służącej, ta ozdabia nim jedną z fryzjerskich główek, zajmujących szeroką półkę obok sterczących ze ściany kołków i wieloramiennego wieszaka na ubrania, a kiedy następnie pomaga mu ściągnąć mokry redingot, z mętnawej głębi mieszkania wyłania się wysoki, przygarbiony mężczyzna. Że też chce się panu tłuc wierzchem po takim deszczu - wita tamtego, gestem długiej, kościstej dłoni zapraszając do środka.
Przedsionek przechodzi w sień właściwą, skąd troje drzwi kryje osobne pokoje, największe w oficynie, rozjaśniane mdłym światłem wpadającym przez kratkowane okno z widokiem na wewnętrzny dziedziniec, wieczorem naftówką lub świecami, a często tylko ogniem kominka. Milcząc, zasiedli na krzesłach z szerokimi poręczami. Rozbłyski płomieni z czeluści paleniska obydwóm zniekształcają twarze - brodatą gospodarza i gładko wygoloną gościa w ciemnozielonym surducie, cytrynowym halsztuku, obcisłych pantalonach i chromowych butach z cholewką do pół łydki.
I co tam słychać w wielkim świecie, wyjąwszy oczywiście Chińczyków, bo u nich, jak to zwykle u nich, nieprawdaż? - zagaja rozmowę pan domu.
A jakże, ogólnie jak wszędzie, ale żeby było się czym chwalić, to nie powiem, czyli jak wszędzie w tych stronach: plucha i wiatr, pochmurno z niewielkimi przejaśnieniami, a przecież grudzień, no nie? Nie ująłbym tego lepiej, oby tylko nie było gorzej, bo mimo wszystko daje się żyć, o ile się nie ma nadmiernych wymagań.
A propos, pan minister chciałby, aby mu się pan przypomniał, panie F., w najbliższym czasie. Nie da się ukryć, zaszły okoliczności na tyle zagmatwane, że może pańskie rady mogłyby pomóc je rozplątać.
F. przymknął oczy, czubkiem wskazującego palca przesunął po garbku nosa i musnąwszy wąsa, skinął głową pod wzorzystą krymką. Bardzo pan łaskaw - skwitował polecenie.
Ale u pana niewiele się zmieniło, jeśli nie nic w ogóle - zastygło w czasie i miejscu - prócz może służebnej, jakże ją wołają?
Małgorzata, teraz pospolicie Gosia. Mamy ją od końca rewolty, znajda ze śmietnika, ale zuch dziewucha, pożyteczna pod każdym względem.
Pan Boruttha się zamyśla. Czyż nie wiadomo, że w starym piecu diabeł pali? A o F. słyszało się niejedno, tak czy owak dziewka najpewniej zdolna do tańca i różańca, ale jakby miała w sobie coś ze starego, no nic, głupstwo.
Deszcz smaga okienne kwatery, kilka szprosów się rozszczelniło, więc kiedy ulewa jak dziś, woda sączy się do środka, wzmagając odczucie wilgotnego chłodu. Gospodarz i gość-posłaniec wydają się sobą skrępowani, ale oto otwierają się drzwi i dziewczyna wnosi dzban piwnego grzańca i napełniwszy nim kufle, znika.
Co prawda od ich ostatniego spotkania minęło kilka lat, ale jak widać uszli cało, wygrzebali się z ruin.
Boruttha podobnie jak dawniej jego ojciec, antreprener Wilhelm, kręci się wokół branży artystycznej, przykładając tu i ówdzie ucho, próbuje tego i owego, ma nawet własną gazetę, „Zeitung für Alles”, adresowaną do czytelnika wykwintnisia, amatora sztuk pięknych, boć młyny rewolucji nie zdążyły ze szczętem zemleć ci-devants wraz z ich żywotnym egocentryzmem i libertyńską moralnością, dając młodocianym ich pędom wybujać z osiemnastowiecznego korzenia. Siłą rzeczy również młody Boruttha zagląda pod podszewkę odradzającego się życia teatralnego - za niewielki grosz nabył udział w spółce Neues Balletten, Nowe Balety, lokalnej filii paryskiej L'École de danse artistique.
A tak w ogóle to wie pan, o co chodzi?
Myślę, że chodzi o to, o co właśnie chodzi.
Tak rozmawia ze sobą dwóch obytych ze światem ludzi. Tyle że młody Boruttha to już nie ta klasa ani szkoła co jego ojciec, to osobnik nowego pokolenia, prącego naprzód, ale jednak zerkającego w przeszłość, co by tu z niej uszczknąć do swojego świata. Czy ocalało coś z tamtego życia? Coś takiego? no, wie pan. Z tamtego, czyli z jakiego? z czyjego życia? - zastanawia się F., bo jego przypadek nieporównywalny dziś z niczym. Przyjaciele, których miał - Pitagoras i Sendivogius Polonus, Twardowski, Jan Trithemius, von Nottesheim, John Dee czy Kepler i najważniejszy z nich Paracelsus, niby Wergiliusz wiodący go przez zakamarki limbusu, jego mistrz, miecz i tarcza... O czym tu gadać, jeśli nie można wyznać, iż w jednym ze swoich antycypujących przyszłość snów F. widywał pisarkę Rosemarie Schuder pochylającą się nad rękopisem powieści o medyku Paracelsusie i malarzu Hieronimie Boschu „Paracelsus und Der Garten der Lüste”, chociaż dla Borutthy nie może mieć znaczenia, że dzieło to ukaże się dopiero w drugiej połowie dwudziestego wieku. Odpowiada:
A jakie może być teraz życie garderobianego dawnego Teatru Dworskiego i dworskiego po buncie aktorów i rewolcie martwego Miejskiego Teatru? Życie wśród woniejących bagnem i naftaliną kostiumów aktorów, aktorek - pachnących lawendą, życie wciąż się plączące w tysiącach jardów nici, kordonku i dratwy, lamówek i wstążek, śród milionów igieł, szpilek, haftek, guzików i sprzączek, postawów sukna i płótna, stosów fiszbinów, pokładów watoliny i wszystkich tych furbotek, ze wszystkiego, co składało się na moje życie, a w nim niewiele da się zmienić, jeśli teatr należycie funkcjonuje, tymczasem sam pan widzi.

KUGLARNIA | JanKa

PRZYŚLIJ TEKST
NOWOŚCI
- wkrótce -

Andrzej Turczyński
Kuglarnia

Grzegorz Kopiec
Czas pokuty